Reigns na majowym tourze w UK, spoilery z SD... (zobacz)
Kolejne walki w karcie WrestleManii 35, wydar... (zobacz)
Jimmy Uso uniewinniony, Brie Bella kończy kar... (zobacz)

AttitudePL na Facebook AttitudePL na YouTube AttitudePL na Twitter Nasz kanał RSS

Poprzedni temat «» Następny temat
Czarna Maska i Czarny Pies
Autor Wiadomość
Grishan 
Lower Midcarder



E-fed: Franko The Butcher
Dołączył: 17 Sie 2010
Posty: 383
Podziękował: 0
Podziękowano mu 0 razy w 0 Postach
Wysłany: 2013-10-26, 14:47   Czarna Maska i Czarny Pies

Jest ciemno. Mokro i zimno. Wieje wiatr i zacina deszczem. Niezbyt ulewnym, ale upierdliwym. W takie noce lepiej siedzieć w samochodzie i z wygodnego fotela obserwować pracę wycieraczek, a nie pomykać truchtem po poboczu szosy. Niektórzy jednak mają dziwne pomysły. Na przykład ten zakapturzony facet: biegnie, zamiast jechać. Widzimy go trochę słabo – z uwagi na nieco zachlapany obiektyw kamery - ale najważniejsze fakty dostrzegamy wyraźnie. Powtórzmy: jest ciemno, mokro i zimno. Biegacz w kapturze jest kompletnie przemoczony. Mimo to biegnie, chociaż czasem trochę chwiejnym krokiem. W końcu zarzuca nim potężnie, wpada w jakiś poślizg, albo po prostu gubi krok. Upada ciężko, na tyłek. Przez chwilę wygląda, jakby nie do końca ogarniał całą tą sytuację. Próbuje wstać, ale nie daje rady. Zupełnie jakby nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Zamiera. Zsuwa kaptur z głowy, a tam - co za niespodzianka! – czarna maska zasłaniająca twarz.

Franko The Butcher, jak w pysk strzelił. Oh, namnożyło się teraz sympatyków naszego bohatera – także takich, którzy z lubością noszą maski wzorowane na tej należącej do swojego idola – odpuśćmy sobie jednak jałowe dociekania i już teraz uchylmy rąbka tajemnicy. Na poboczu szosy siedzi Rzeźnik. Przemoczony i chyba oszołomiony.

Tak to wygląda na początku.

Kamera zbliża się do naszego bohatera – zbliża powoli i z mozołem, przedziera przez jakieś krzaki, anonimowa dłoń przeciera obiektyw równie anonimową szmatką, a przez cały ten czas Franko siedzi na smaganym deszczem poboczu.

W pewnej chwili zaczynamy słyszeć ten deszcz na przemian z serią trzasków. Z biegiem czasu trzasków robi się coraz mniej, a dźwięk staje się czystszy. Kamera ciągle skrada się do Rzeźnika, aż w końcu staje się on całkiem dobrze widoczny. Wciąż siedzi na poboczu i nie wydaje się, żeby zamierzał wstawać. Wzrok zamaskowanego jest utkwiony w porośniętym krzakami rowie melioracyjnym. Na jego dnie znajduje się chyba coś, co zainteresowało naszego bohatera. W końcu odzywa się, a my ledwie go rozumiemy - jego głos jest zachrypnięty, przytłumiony i niknie w szumie spadających kropel. Na szczęście realizator zadbał o napisy, więc można doczytać to, czego się nie dosłyszało.

- Cześć, pies – mówi Franko – po cholerę tutaj tak leżysz? Nie. Czekaj. To było chujowe pytanie. Głupie znaczy. Głupie. Przecież widzę, że coś jest nie tak. Niech no rzucę okiem... kurwa, co ja piłem? Łeb napierdala, rzygać się chce i zarazem nie chce, wszystko mnie boli i tańczy wokół mnie... wciągałem coś? Nie. Przecież nie wciągam. No to, co ja piłem? Z kim piłem? Gdzie piłem? Nic. Pustka. Jeszcze tego mi kurna brakowało – zasilenia szeregów tych z amnezją. Pomyślmy... ostatnie wspomnienie? Ostatnie wspomnienie... Szykowałem się do walki z Vaclavem. Może tak mi czymś przypierdolił, że teraz nic nie pamiętam? Nie. Chwila. Ta walka już za nami. No przecież. I cóż to za walka była! Eh, Vacuś – z tobą to zawsze, wszędzie, i za każde pieniądze. W dowolnej stypulacji. Jednak coś tam jeszcze z ciebie zostało, w tej ruinie do której się doprowadzasz. Przyjemne to było. Ta walka. Niech pomyślę... kto wygrał? Zbierzmy to do kupy, skoncentrujmy się... Vaclav, Szakal, karetka, Bane... a ten tu skąd? Czy on przypadkiem nie zapadł na jakąś osteoporozę po serii naszych sparingów? Czy ja przypadkiem nie wykopałem Szakala z karetki? Chyba tak, ale nie pamiętam za co. Chwila, jednak pamiętam. Wyleciał, bo miał pecha. Tak bywa, senatorze. Czasami trzeba zstąpić z wyżyn pomiędzy prosty lud. Senator nie musi mi dziękować. To był, zdaję się, taki żarcik Bane’a. On chyba nie zapomniał tego stojaka na parasole. Pamiętliwy ten nasz Zguba, bez dwóch zdań. I ma przyciężkawe poczucie humoru.

Z dna rowu dobiega cichy skowyt, który na chwilę przywraca Rzeźnika do rzeczywistości.

- Wybacz, pies. Zamyśliłem się. Popatrzmy... to chyba kręgosłup. Plus obrażenia wewnętrzne, sądząc po krwi z pyska. Kaplica. To był jakiś duży wóz, co nie? No tak, dla ciebie każdy wóz jest duży. Za duży. Tak czy siak, nie wyglądasz jakbyś miał długo pociągnąć. Chyba nie wyjdziesz z tego rowu. Nie patrz tak na mnie, ja nie jestem z tych co pocieszają. Kostucha już stoi ci nad grzbietem, a ja jej nie przegonię. Mogę najwyżej zadzwonić po jakiegoś weterynarza, czy coś. Czekaj... moment... kurwa. Gdzie ja posiałem komórkę? Co ja piłem, że mnie tak sponiewierało? Otruli mnie tam, czy co? Tam, czyli gdzie? Ja pierdolę, ale pogięte uczucie. I dlaczego ja w ogóle tyle gadam. Gadam i przestać nie mogę. Bla, bla, bla. Zupełnie jakbym... przeciekał. Przeciekał słowami. Kapitanie, zbiorniki z balastem są pełne! Wypompujcie trochę słów! Ale to grozi słowotokiem, kapitanie! Nie będę się powtarzał, wypompować! Tutaj coś jest nie tak. Coś nie w porządku. Mam nadzieję, że nikt mnie nie otruł, ani nic takiego. W EWF nie takie rzeczy się już zdarzały. Najczęściej jak jestem pijany, to nie gadam tyle. Chyba. Ale w sumie to nie ma nic pewnego na tym świecie. Może jednak gadam? W mordę, wyglądam jak Bidam w trakcie jednego z tych jego monologów. Czasami jest w nim coś z Vaclava. Takie dążenie do sprawdzenia granic swojej wytrzymałości. Te urazy głowy, plucie krwią, no i monologi. Zajebiste monologi mój tag partner wygłaszał i wygłasza. Piękne, składne i prawdziwe. Jest w nich jakiś rytm, a nawet melodia. Mój pewnie nie będzie taki zajebisty, ale to nic. W tej drużynie to on jest od gadania. Naprawdę lepiej mu to wychodzi. Ja jestem od spraw prostych i konkretnych. On jest od robienia zamieszania. W takim pozytywnym sensie, rzecz jasna. Gdybyśmy byli firmą, kierowałby działem rozrywki. Dobrze się bawi chłopisko. Ja też się dobrze bawię, ale nie potrafię tego sprzedać w tak udany sposób. W sumie Bidam to materiał na gwiazdę. Taką prawdziwą, a nie sezonową popierdółkę. Urodzony showman. Kiedy rozwiązywał zagadkę porwań to było widać, że czuje się w tej sytuacji jak ryba w wodzie. I dobrze się bawi, o czym już chyba wspominałem. Bubba bawił się chyba trochę gorzej. Nowosibirski wpakował go do trumny. No to teraz się zacznie. Zacznie się na całego.

Rozpaczliwe skomlenie.

- Hmm? Słuchaj pies, ja naprawdę nie jestem w stanie ci pomóc. Jakbym był w formie, to mógłbym skrócić ci cierpienia, ale teraz w formie nie jestem. No i nie mam komórki. Chyba chwilowo jesteś skazany na moje towarzystwo, ale to wszystko. Nie mogę pomóc. Jakbym mógł, to pewnie bym pomógł. Ale nie mogę. Muszę mierzyć siły na zamiary, rozumiesz? Jasne, że nie rozumiesz. Jesteś kurna psem. Chyba mam problem i to niewąski. Wcześniej nie zdarzało mi się rozmawiać z psami. Ale to nic. Kolejne doświadczenie, nic więcej. Wszystko trzeba przeżyć, chyba że chodzi o śmierć. Chociaż to też rodzaj doświadczenia, które nikogo nie ominie. To jak ze zdradą w EWF. Ona też jest nieunikniona. Wcześniej albo później, czy się tego spodziewasz czy nie, ktoś w końcu cię wydyma w ten czy w inny sposób. W tym kotle sprzecznych interesów to po prostu nieuniknione. Dlatego nie dziwię się, że Joshua zrobił to, co zrobił. W EWF to nawet w dziwny sposób na miejscu. Zgodnie z tradycją, rzec można. O dziwo, nawet nie mam mu tego za złe. Co nie zmienia faktu że jak go spotkam, to mu skuję mordę. W imię zasad. Za długo to trwało, za dużo słów zostało wypowiedzianych i wysiłków podjętych, za dużo tego wszystkiego, żeby mu uszło na sucho. Bez skutej mordy nie będzie rozmowy. Więc lepiej niech mnie unika. To samo radzę Elegance’owi. Ja pierdolę, ten to dopiero szmata. Szmata do kwadratu. Wysysał Velveta do ostatniej kropli, jak pasożyt. Jego nadzieje, obawy, wszystko. Czy to mnie złości? Nie. Ale budzi pewien niesmak i potrzebę wyrównania rachunków. Ot, kolejne kości do porachowania. Nie ma w tym żadnej chwały, straconego czasu nam to nie zwróci, ale jest w tym jakaś wewnętrzna potrzeba. Jak spotkam, to skopię. Rozmawiać możemy później. Właśnie tak. Ja nie odpuszczam w takich sprawach. Nazwijcie mnie małostkowym, to wasze prawo. Po prostu lubię, kiedy wszystko jest poukładane. Akcja, reakcja. Zbrodnia i kara. Przysługa za przysługę. Cios za cios. Taka Cassandra zaczyna już rozumieć mój punkt widzenia, chociaż akurat w tym przypadku pewnie w końcu odpuszczę. Nie, nie potrzebuję nowej kosiarki. No, chyba że taką żyłkową. To jest zajebisty sprzęt, mógłbym nim siać postrach w korytarzach budynków, w których odbywają się „Wrestlepaloozy”. Hawańska Masakra Kosiarką Mechaniczną - jest w tym jakaś poezja, doprawdy. Ciekawe czy Crazy wyrwałby się z marazmu, gdyby mu taką przejechać po brzuchu? Albo po dupsku, co wprowadziłoby pewien element komiczny, z czego pewnie Bidam by się nawet ucieszył. To jest niezwykle ciekawy temat do rozważań: jak głęboko sięga znudzenie naszego mistrza? Czy on naprawdę tego oczekuje? Emocji, życia na krawędzi, spaceru po ostrzu noża? W sumie mógłbym mu to zapewnić, bo dlaczego nie? Seria ataków na zapleczu, pacyfikacja tych laluń, którymi się otacza, okaleczenie Smeli, tajemnicze zniknięcie Miszki... wszystko to da się zrobić, wszystko można załatwić. Tylko, jakby to ująć... czy to mi jeszcze przystoi? Jeszcze parę miesięcy temu nawet bym się nie zastanawiał. Ale teraz odnoszę nieodparte wrażenie, że wszystko to można załatwić bardziej... elegancko. O, to jest dobre słowo, chociaż zazwyczaj się go ze mną nie kojarzy. Elegancja. Nie muszę odstawiać kabaretu, żeby spotkać się z Crazym w ringu. Nie potrzebuję jego łaski w postaci przyjęcia mojego wyzwania, żeby walczyć o najwyższe laury. Mogę pozwolić sobie na luksus szacunku wobec samego siebie i wobec przeciwników. Nie muszę absolutnie niczego. Żadnych tchórzliwych ataków na zapleczu. Żadnych napuszonych deklaracji w typie: „ten pas i żaden inny!”. Rzeźnik może robić to, co mu się podoba. To, co robi od początku swojej kariery w EWF. Wychodzić na ring i dawać z siebie sto procent, albo i więcej. Nigdy mniej. Nigdy. Wracając na chwilę do Cassandry: zastanawiałem się przez chwilę, czy nie sprawdzić jej zaangażowania i czystości intencji. Innymi słowy: czy nie puknąć jej w zamian za ponowne dopuszczenie do wywiadów. No bo skoro jej tak okrutnie na tym zależy? Czemu nie? Przez chwilę bawiłem się tą myślą ale, o dziwo, nie okazała się ona aż tak kusząca jak sądziłem. Chyba się kurde starzeję. Może niech Bidam ją puknie? Nie... to też nie jest do końca w porządku. Tak samo jak jego akcja z tym nagraniem, które skądś skołował. Zapuszcza mi to na laptopie, a tam – możesz mi uwierzyć na słowo – Cassandra tańcząca na rurze w jakimś nocnym klubie. Niezłe jaja, nie? „Skoro ona naruszyła twoją prywatność” – klaruje mi nie bez racji – „to my naruszymy jej”. Zabił mi tym ćwieka, nie powiem. Może to byłby jakiś sposób na wyrównanie rachunków? Oczywiście zakładając, że nagranie jest autentyczne. No nic, pomyślę jeszcze o tym. Może po prostu każę jej odsłużyć jakiś okres czasu w charakterze asystentki Heli? To mogłaby być kara okrutniejsza od najbardziej kompromitującego nagrania. Niezły pomysł nawet... ciekawe, czy uda mi się go zapamiętać.

Skowyt.

- Boli, co? To znaczy, że jeszcze żyjesz, ale to chyba jedyny pozytyw w tej sytuacji. Nie mogę pomóc, naprawdę. Nie mogę wstać, już ci to tłumaczyłem. Chyba będę też rzygał, chociaż staram się powstrzymywać. Ależ dziura we łbie. Dziwne. Gala... gala się skończyła. Porywacze zostali ujawnieni, Bubba wpakowany do trumny, Bidam porobił sobie ze mnie jaja, jak to w rodzinie. Berenika bawiła się kataną. No tak. Znowu jakieś tajemnice. Spoważnieliby w końcu. Berenika. Czułem, że coś jest z nią nie tak, ale chyba mam w sobie coś z masochisty. Lubię obserwować – siedzieć z boku, najczęściej z założonymi rękami - i po prostu czekać na rozwój wydarzeń. Ktoś kiedyś nieźle mi z tego powodu przypierdoli. Jest to jednak zwyczaj, który trudno wykorzenić. Zresztą, co ona takiego zrobiła? Pogroziła Heli kataną, rzuciła granatem dymnym i zrobiła słodkie oczy do Kravena. A ja myślałem, że z Bidama robi się showman. Kolejna, która chce się promować cudzym kosztem. A niech się promuje na zdrowie. Nie zamierzam kiwnąć choćby jednym palcem, żeby rozwiązać jej tajemnicę. Skoro tak uwielbia światła rampy i bycie w centrum uwagi, to w końcu wszystko wyśpiewa. Sama, z własnej woli. Oczywiście nie obejdzie się bez stopniowania napięcia i innych tego typu zabiegów marketingowych, ale kto by się tym przejmował? Okaże się, że jest wrogiem, to się przejmę. Trochę. Ale dopiero wtedy, nie wcześniej. W sumie miło było, kiedy tak kręciła tą swoją kształtną dupeczką w naszym otoczeniu, wprowadzało to jakiś ład i estetykę. I tego będę się trzymał, a nie tych ochłapów, które nam podrzucała. Amnezja. AMVV. Lek przygotowywany na receptę, jeżeli wierzyć rzucanym przez nią sugestiom. I co? Gówno. Najpewniej właśnie to. Kukułcze jajo. Jednak kukułcze jajo. Przynajmniej nieźle gotowała. Oho...

Butcher nachyla się w stronę pobliskich krzaków. Jego ciałem wstrząsają torsje. Trwa to dosyć długo, i nie wygląda zbyt ciekawie.

- Zajebiście, kurwa. Zrównuję się właśnie z Nasami, Scytherami i innymi Vaclavami. W sumie niczego sobie towarzystwo, ale wolałbym równać do nich pod kątem ringowym. Stop. Wróć. Przewyższyć. Zamierzam ich przewyższyć. Zamierzam wspiąć się na tyle wysoko, żeby móc patrzyć na nich z góry, może nawet ze złośliwym uśmiechem. Ciekawe, co dzieje się teraz z Nasem? Był cholernie blisko celu – przynajmniej w moim odczuciu – i zniknął. Podobno porwany. Dziwne. Gdybym to ja był tak blisko, to nie dałbym się porwać. Nikomu. A nawet jeżeli, to uciekłbym i zapierdalał pieszo z Syrii czy innego zadupia na które akurat rzucił mnie los, byleby tylko zdążyć na kolejną walkę. Być tak zajebiście blisko i gnić w jakimś pierdolonym więzieniu? Chcą za niego zbyt dużego okupu, czy co? Zresztą, nie moja sprawa. Co ja do cholery chlałem, że wszystko tak mi się poprzestawiało? Za dużo gadam i za dużo myślę, to do mnie zwyczajnie niepodobne. Pierdolę bez sensu do zdychającego psa. Jeżeli jakiś skurwiel podrzucił mi coś do drinka, zajebię. Co ja ostatnio robiłem? Gala się skończyła, to na pewno. Hela zajrzała do laptopa i tam była wiadomość. Wiadomość, właśnie to. To była informacja o mojej... naszej walce. Ja i Bidam, kontra Crazy i Bubba. No, zaczynamy do czegoś dochodzić. To był zajebiście dobry powód do ochleju. Pasy. Pasy! Od cholery ich tam jest rzuconych na szalę. Rzeczywiście, był powód żeby chlać. Tylko dlaczego ciągle nic nie pamiętam? Wychodziliśmy z hali, padało. Teraz też pada. Kolejna gala na Kubie, może tam pogoda będzie lepsza? Chyba ciepło tam mają, no nie? Przez cały rok? Sprawdzę w Internecie, teraz nie ma się co zastanawiać. Może jakieś cygaro dostanę na pamiątkę. Albo butelkę rumu. Będzie czym świętować zajebistą walkę. Bo to, że będzie zajebista po prostu nie ulega wątpliwości. Crazy i Bubba. Bidam i Franko. W walce o najwyższą stawkę. Pięknie. Jestem zachwycony. Gdyby nie mój stan, byłbym wniebowzięty. Znowu spotkanie z żywymi legendami. Nie pierwsze, i pewnie nie ostatnie. Ci faceci to gwarancja jakości, chociaż lata lecą. Może to dlatego? Może są jak wino, im starsi tym lepsi? Nieistotne. Razem z Bidamem będziemy mieli z nimi ciężką przeprawą, to pewne. No i te pasy. Pasy. Ile już krwi zostało dla nich przelanej? Ile potu w nie wsiąkło? Krew, pot, poświęcenie. Ile razy już to słyszałem? A teraz powtarzam te banały. Pewnie dlatego, że są tak kurewsko prawdziwe. Mogę wylać i przelać morze krwi i potu, żeby odzyskać swój Tag Team Title. Brakuje mi jego ciężaru. A World Title? Tutaj brakuje mi słów. Niektórzy boją się nawet o nim marzyć, ale mnie to nie dotyczy. Śnię o nim od samego początku, odkąd tylko postawiłem stopę na ringu Extreme Wrestling Federation. W EWF nie ma niczego ważniejszego, chociaż niektórzy przedkładają nad ten tytuł władzę. Mogę zdobywać pomniejsze pasy i cieszyć się nimi, mogę żyć każdą stoczoną przeze mnie walką, ale najważniejsze pozostaje najważniejszym. World Title. Obiekt pożądania setek tych, którzy byli tu przede mną i tych, którzy przyjdą po mnie. Ogromny ciężar, który każdy chciałby wziąć na swoje barki. I teraz jest, na wyciągnięcie ręki. Tak blisko, jak nigdy dotąd. Tak blisko, że można poczuć jego zwodnicze przyciąganie. I ta świadomość, że jeden krok, jeden nędzny pin wystarczy, żeby stała się rzecz dla wielu niewyobrażalna. Oczywiście, nie będzie łatwo. Wielu twierdzi nawet, że to niemożliwe. Czy ktoś poza Toolem spinował w tym roku Crazy’ego? Chyba nie, chociaż mogę się mylić. Mimo to, wyrwaliśmy mu Tag Title. Potrzeba było do tego zbiegów okoliczności i okrutnego pecha Szaleńca, ale mimo to – wyrwaliśmy. Właśnie my. Wtedy nikt na nas nie stawiał. Od tego czasu otworzyliśmy oczy wielu ludziom. Biliśmy się z najlepszymi. Nie ma już zawodnika z czołówki, któremu nie stawilibyśmy czoła. Raz wygrywamy, raz przegrywamy, ale... jakoś szczególnie od tej czołówki nie odstajemy. Staliśmy się jej częścią, czy się to komuś podoba, czy nie. I teraz walczymy o wszystko. Bubba i Crazy. Crazy i Bubba. Najstarszy tag team w obecnym EWF. Dawni towarzysze broni, którzy raz jeszcze połączyli siły. Żywe symbole dawnych, lepszych lat – jak to jest, że dawne lata zawsze są tymi lepszymi? - posągi, monolity. Instytucje. To wszystko prawda, nie przeczę. Tak samo jak to, o czym kiedyś już mówiłem – na każdym posągu wcześniej czy później pojawia się rysa. Jedna, później druga i trzecia, Początkowo mała, w zasadzie niedostrzegalna. Później coraz większa i większa, rośnie by z biegiem czasu przekształcić się w pęknięcie. Mówiłem już o tym, Mówiłem przy okazji walki z Bubbą. To był dobre starcie. Trochę ciosów przyjąłem, trochę zadałem. Ne ma lepszego sposobu, żeby kogoś poznać. Silny jest ten Bubba. Mocarz z niego i twardziel. Im bardziej jednak go poznaję, tym mniejsze robi na mnie wrażenie. Może to dlatego, że spokojnie stawiłem mu czoła? Nie czułem jego przewagi, nie przytłoczył mnie ciężar legendy. Walczyłem z nim jak równy z równym. A może to dlatego, że zajmuje się pierdołami? Chce zmienić EWF na lepsze, ale niby na czym miałoby to polegać? Na razie tylko ośmiesza się przepychankami z funkcjonariuszami GRU, macha jakimiś teczkami, próbuje zmusić Kravena do ustąpienia podpierając się przy tym wyssanymi z palca oskarżeniami... dosyć to żenujące i na swój sposób smutne. Skoncentrowałby się chłop na pracy w ringu, a nie pchał w politykę. Na razie walczy za miliony – te same miliony, które w dupie mają to, czy Castro senior zginął w zamachu, czy nie. Dla nich liczy się tylko dobre show i krew, którą w jego imię przelewamy. Ta walka jest z góry skazana na przegraną, co pewnie Bubby nie zniechęca. Ma już praktykę w osiąganiu swoich celów wbrew wszystkim i wszystkiemu. Ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jego cele dalekie są od słuszności. Nie są jasne, nie są klarowne. Wręcz przeciwnie. Są mętne i bliżej niesprecyzowane. Bubba chce oczyścić EWF. Chce oczyścić je z tych, którzy wydają mu się podejrzani. Tych, którzy nie pasują do jego wizji „uczciwego”, „czystego” EWF. Szeryf Bubba i jego prawo pogranicza. Kto mu je dał? To prawo? Skąd myśl, że to właśnie on jest jedynym sprawiedliwym i nieomylnym? I to ciągłe, męczące uczucie, że tak naprawdę to wszystko jest grą, w której Bubba jest tylko pionkiem. Ktoś kieruje Bubbą, ktoś cyniczny i wyrachowany. Wykorzystuje jego siłę, jednocześnie żerując na legendzie. Bubba zdaje się tego nie dostrzegać, co mnie nawet nie dziwi. Jest jakaś szlachetna prostolinijność i naiwność w naszym posągowym herosie. Jak wtedy, kiedy odwiedził Kravena i zaproponował mu rezygnację z pełnionej przez niego funkcji, aż do chwili, gdy zostanie oczyszczony z podejrzeń. I pal sześć ten drobny fakt, że Kraven juz nigdy w pełni się nie oczyści. Takie błoto przywiera do człowieka na zawsze. Nawet jeżeli wszystko zostanie wyjaśnione i podparte niezbitymi dowodami, zawsze znajdzie się oszołom, które te dowody i wyjaśnienia odrzuci. I nie, nie chcę nawiązywać do obecnej sytuacji politycznej w naszym kraju. Zresztą, na samą myśl o tym coś we mnie wzbiera...

Przez chwilę Franko milczy. Najpewniej zmaga się z torsjami. W końcu jednak radzi sobie z nimi jakoś, i powraca do przerwanego wątku.

- Bubba jest uroczy w tym swoim zadufaniu. Pamiętam, jak przed walką z Bidamem opisywał ciemność, jakiej kiedyś przyszło stawić mu czoła. Miałem ochotę turlać się ze śmiechu, kiedy to usłyszałem. Poważna mina. Wyraz twarzy sugerujący bolesną retrospekcję. I opowieść o tym, z jakimi demonami miewał nasz Bubba do czynienia. Wszystko to w odniesieniu do Bidama. Produktu Totalitarnego Systemu. Faceta, którego jeden dzień w obozie był gorszy niż wszystkie demony Bubbowskiego razem wzięte. Ręce opadają, ale jest w tym jakiś klucz do zrozumienia legendy. Coś, co pokazuje, jak bardzo jest zaślepiona. Skoro nie rozumie czegoś tak prostego, skoro plecie takie oczywiste dyrdymały, to jak mu zaufać w rzeczach poważniejszych? Tak samo w ringu – jest dobry, to fakt. Ale nie jest najlepszy. Kiedyś... kiedyś chyba jednak miał w sobie więcej ognia. Obserwuję go od dłuższego czasu i nie mogę pozbyć się tego wrażenia. To już nie ten Bubba. Ciągle jest twardy, ciągle ma wielkie serducho do walki, ale to juz nie ten poziom jak w czasach, w których pewnie dzierżył World Title. W drużynie z Crazym, to on jest słabszym ogniwem. Oczywiście uważa, ze jest zupełnie inaczej i na pewno wmawia sobie, że osiągnął doskonałą formę. Ale to tylko kolejna forma samooszukiwania się. Tak naprawdę, monolit jest pełen pęknięć. I dojrzał już do tego, żeby ładunek wybuchowy z oznaczeniem F&B rozsadził go w drobiazgi. To samo tyczy się Crazy’ego, chociaż on jest akurat groźniejszy. Ale udowadniamy powoli, że możemy wygrać z każdym, więc osoba mistrza też robi na nas coraz mniejsze wrażenie. Ostatnio strasznie się męczył z Bidamem, zauważyłeś? Co ja pierdolę... nie zwracaj na mnie uwagi, pies. Męczył się z moim tag partnerem, namęczy się też i ze mną. I wcale nie jest powiedziane, ze zejdzie z ringu jako zwycięzca. Może i ma powody do dumy i blazy na ryju, może i ma za sobą armię gotowych na wszystko fanów którzy w dupie mają fakt, że ich idol batoży sobie chłopów dla zabicia czasu, może i jest żywą pieprzoną legendą, ale i tak posiada wszelkie predyspozycje, żeby ukorzyć się przed najlepszą drużyną w EWF. Bo tym właśnie jesteśmy ja i Bidam – jesteśmy najlepszym, najlepiej zgranym teamem w tej federacji. Z tygodnia na tydzień umacniamy wzajemne zaufanie i swoją wartość jako drużyny. Sporo trenujemy i mamy kilka wspólnych akcji do wypróbowania. Na ten przykład: zarzucam sobie delikwenta na ramiona i aplikuję mu Torture Rack. W tym czasie Bidam robi to, na co aktualnie ma ochotę – na przykład wspina się na liny i dokłada naszej ofierze Leg Dropa z wysokości. Nieźle to wygląda, zapewniam. I kurewsko boli. Tak samo jak wtedy, kiedy nie chce mu się wspinać i po prostu aplikuje biednemu frajerowi Cuttera. Albo to: biorę gościa w electric chair position i ustawiam go Bidamowi, który przypierdala mu Jumping Knee Strikiem z narożnika. Kiedy facet spada, ja spadam razem z nim o dokładam mu jeszcze Electric Chair. Zmiażdżona twarz i zmiażdżone jaja – jak żyć po czymś takim? Zajebiście nam to wychodziło na treningach i nie mogę się doczekać wypróbowania tych akcji w praktyce. No i tak to wygląda: zgranie, zaufanie. A jak jest z naszymi przeciwnikami? Wieloletnie doświadczenie jest ciągle ich atutem, ale wiele rzeczy ich dzieli po tych wszystkich latach. Na przykład stosunek do krucjaty Bubby – Crazy ma ją centralnie w tylniej części ciała, on się zwyczajnie z tezami partnera nie zgadza. A Bubba żyje teraz swoją misją, więc nikt mi cholera nie wmówi, że to bez znaczenia. Rysa. Pęknięcie. Na pozór bez znaczenia, ale może przechylić szalę na korzyść Franko i Bidama. Mamy pasy do odzyskania. Straciliśmy je głupio, ale po zaciętej, wypruwającej żyły walce. A jak zdobyli je nasi oponenci? Za zasługi, kurwa. W pieprzonym prezencie. Gdyby mieli chociaż cień przyzwoitości, naprawdę byli tak zajebiście szlachetni i w duchu fair play, gdyby byli tacy jakimi się malują, zrezygnowaliby z tej walki. Przełożyliby ją na kolejną „Paloozę”, dając Znajdzie i Vaclavowi szansę na odpoczynek. Czy ja bym tak zrobił? Jasne, że nie. Też bym skorzystał z tej szansy. Ale ja nie pozuję na autorytet moralny w EWF, chociaż są tacy, którzy chętnie by we mnie takowy widzieli. A oni pozują. Bohaterowie, Legendy. Święci. Święty Crazy od pańszczyzny. Święty Bubba od straconych spraw. Widzisz to, pies? Kolejne rysy, nowe pęknięcia. Tag Team Titles mają od niedawna, ale to i tak za długo. Za długo przetrzymują naszą własność. Już czas. Idziemy po nich. Idziemy po nich z Bidamem. Jedna drużyna, jeden cel. Pomogę mu dorwać Crazy’ego jeśli będzie trzeba, bo na dzień dzisiejszy nie jest ważne, który z nas sięgnie po World Title jako pierwszy. Byleby sięgnął. Wtedy wszystko pozostanie w rodzinie. Jesteście wielcy, jesteście godni szacunku, jesteście historią i teraźniejszością. Ale przyszłością... przyszłością jesteśmy my. Już czas. Bez zbędnych kalkulacji, ale i bez gorących głów. Skopiemy wam dupska, sukinsyny. Idziemy po was z ciężkimi młotami i dobrze naostrzonymi dłutami, z ładunkami wybuchowymi, ze wszystkim co potrzeba.. Znajdziemy każdą rysę, poszerzymy każdą szczelinę. Będziemy tak kuć, aż posągi zaczną się chwiać. I wtedy poruszymy je, rozhuśtamy i w końcu zepchniemy z cokołów, aż roztrzaskają się na kawałki. A później zaminujemy cokoły i je też poślemy do diabła. Żeby nie było wątpliwości.

Pełne skargi, bolesne skomlenie i ciężkie, na wpół ludzkie westchnienie. Później znamienna cisza. Zamaskowany przez chwilę tępo wpatruje się w dół. Po chwili mówi:

- Koniec.





Epilog.

- Tutaj jest! Wzywaj tą cholerną karetkę, Velvet! Franko! Franko! Słyszysz mnie?!

- Co mam nie słyszeć? I po cholerę mi karetka? Wezwij Henia, niech tu podjedzie.

- O kurde, on jest chyba w szoku! Co jest z tobą, Velvet – rodzisz tam ten telefon, czy jak?!

- Nie wydaje mi się, żebym był w szoku, Hela. Za dużo wypiłem i tyle. Nie wiesz może, gdzie ja się tak zaprawiłem?

- O, Boziu kochana... kompletnie odleciał. Franko, ty miałeś wypadek! Rozumiesz mnie?! Wypadek!

- To wiele tłumaczy. Coś poważnego?

- Czołowe zderzenie, ale mieliście z Heniem sporo szczęścia. Dobrze, że mu się dorzuciłeś do nowego samochodu, bo jakby to był ten stary... aż nie chcę o tym myśleć!

- No dobra, ale co ja tutaj robię?

- To trochę dziwne: wygląda na to, że uwolniłeś się jakoś z pasów i spod poduszki powietrznej, po czym wyciągnąłeś z wraku Henia. Później zająłeś się kolesiami z drugiego samochodu. Znaczy się, ich też wyciągnąłeś. A później urządziłeś sobie przebieżkę.

- Dziwne.

- Przecież mówię. Ty wiesz jak ja się o Ciebie martwiłam?!

- Nie wiem.

- Bardzo się martwiłam, ćwoku.

- Przykro mi. Pomożesz mi wstać?

- Może nie powinieneś się nadwyrężać? Najpierw walka z Vaclavem, później wypadek... cholera wie, czy nie masz jakichś obrażeń wewnętrznych!

- Kolejna ciężka noc. Pomóż mi wstać.

- Przecież mówię, żebyś...

- Siedzę kurna w kałuży. Jaja mi mokną. To dyskomfort, którego istoty nigdy nie zrozumiesz.

- Ehh... dawaj rękę. Wstajesz na „trzy”, jasne?

- Jak słońce.



Niedługo później podjechała karetka i nasz bohater trafił do szpitala. Diagnoza: wstrząśnienie mózgu. Ale kto by się tam takimi drobiazgami przejmował. Grunt, że nie ma żadnych złamań. Do czasu gali w Hawanie powinno przejść. Zresztą, nawet gdyby nie przeszło, Franko i tak by się na niej pojawił i to mimo faktu, że z tego typu obrażeniami naprawdę nie ma żartów. Ale są sytuacje, w których zdrowie jest sprawą drugorzędną. I walki, które po prostu trzeba stoczyć. Z wszelką cenę i wbrew wszystkiemu. Franko wyzdrowiał, bo wyzdrowieć musiał.

Kamerzysta, który nakręcił powyższy materiał, pozostał anonimowy. Nie do końca wiadomo, skąd się wziął akurat w tamtym miejscu, w takim a nie innym czasie. Pewne rzeczy pozostają tajemnicą i trzeba się z tym pogodzić. Przynajmniej na razie.

Koniec.
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Google
 
Copyright © 2001-2010 Attitude      Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group