Zapowiedzi SmackDown, Mixed Match Challenge i... (zobacz)
W jakim stanie naprawdę jest Jordan? Kulisy z... (zobacz)
Kolejna kontuzja Finna Balora? Nowy turniej d... (zobacz)

AttitudePL na Facebook AttitudePL na YouTube AttitudePL na Twitter Nasz kanał RSS

Poprzedni temat «» Następny temat
Jetem rustykalną świnią...
Autor Wiadomość
Bidam

Dołączył: 01 Kwi 2010
Posty: 40
Podziękował: 0
Podziękowano mu 0 razy w 0 Postach
Wysłany: 2013-11-10, 17:30   Jetem rustykalną świnią...

***************************************************
29.09.2013
Jakiś czas po zakończeniu gali
***************************************************


Z hali w Legnicy Bidam wyjechał zadowolony, ale trochę smutny jednocześnie zarazem był smutny bowiem jakby nie był smutny to by nie wiedział jak wielkie znaczenie ma stosowanie znaków interpunkcyjnych. Kropka.

"Och, jakże jestem zadowolony, ale jednocześnie trochę smutny".

Pomyślał sobie, gdy wsiadł do nocnej linii legnickiego PKSu. A może wieczornej? Co za różnica. Bidam nie miał samochodu, ostatnio sporo zarabiał, ale samochodu sobie nie kupił. To rozrzutność, tak myślał. Wprawdzie Franko zaproponował mu podwiezienie, ale Bidamczyk grzecznie odmówił.

"Nie chcę sprawiać kłopotu".

Tak powiedział. Franko zrozumiał, bo to swój chłop i ogólnie wiele rzeczy rozumie. To bardzo miło z jego strony, że takim porządnym gościem jest. Zwłaszcza w obliczu medialnych fekaliów jakie zalewają nas każdego dnia i każą na dodatek przed nimi padać na kolana i śpiewać pieśni dziękczynne.

"Jakże tu ciemno".

Pomyślał Bidam jadąc nocnym autobusem w Legnicy. Jechał do hotelu, bo miał tam przecież pokój wykupiony przez EWF. Na jutro umówił się z Bereniką na partyjkę szachów, ale chyba nic z tego nie wyjdzie. Kim ona była? Niby taka cicha, spokojna, przestraszona, a tak naprawdę to była wszystko gra. Po co to wszystko? Po co to wszystko?

"Po co to wszystko?".

Pomyślał Bidam jadąc nocnym autobusem w Legnicy. Wprawdzie z tego, co się dowiedział EWF wynajmuje jakiś busik dla wrestlerów bez środków lokomocji, ale trochę obawiał się tych wszystkich Chickasawów, Cordiali, Won Wenów, Fergusów, MN Raterów, Prinse'ów i innych kolesi. To groźni ludzie, a do tego tubylcy w busiku. Mogliby nie zaakceptować obcego, jakim był bez wątpienia Bidamczyk. Dlatego spokojnie jechał sobie autobusem nocnym. Zapłacił za bilet i siedział. W tle jakaś parka nieźle sobie poczynała, leżało też kilku pijanych, był jeden bezdomnych oraz jakiś elegancko ubrany mężczyzna. Po kilku chwilach przysiadł się on do Bidama.

"Świetnie, zawsze spotykam jakichś dziwaków. Może by tak raz kogoś kulturalnego?".

Tak myślał Bidam, gdy elegant siedział obok niego. W końcu się odezwał, to znaczy elegant, a nie Bidam.

- A pan wierzy w świętych obcowanie?

Pytanie to zbiło z tropu Bidama. Wiele się spodziewał, ale nie tego. Zaczął myśleć czy wierzy czy nie. Nie myślał kunktatorsko, mógłby przecież odpowiedzieć "tak" i zadowolić tym swojego rozmówcę. Gdyby ten okazał się fanatycznym ateuszem to zawsze mógłby mu wpierdolić. W końcu odpowiedział:

- Tak.
- To bardzo dobrze.
- Dziękuję.
- To ja dziękuję.

Elegant wysiadł na najbliższym przystanku. Bidam nigdy nie dowiedział się kim był.


***************************************************
20.10.2013
Hawana, Kuba
***************************************************


Plymouth Fury rocznik 1958 to cudowny pojazd. Klasyczny, elegancki, piękny, w miarę szybki. Tylko na Kubie, no i pewnie w niektórych miejscach w USA, można zakosztować przyjemności podróży tym cackiem. Prowadzi się świetnie, hałasuje niczym prawdziwy samochód, a nie jakieś pedalskie cars, które chcą być eco i chronić środowisko. Pieprzyć środowisko, niech ginie i tak umrzemy. Plymouth prowadził się pięknie, szczególnie po ciasnych uliczkach Hawany. Prowadził go nie kto inny jak Bidam Siergiejewicz Nowosibirski. Ubrany w biały, lniany garnitur, na nosie przeciwsłoneczne okulary, na głowie fajny kapelusz, a w pysku cygaro. Bidam zaparkował przed jakimiś dziewiętnastowiecznym budynkiem. Wysiadł, z samochodu wyciągnął butelkę tequili i zatrzasnął drzwi. Kilku dzieciakom wręczył po pięć dolarów by popilnowali samochodu. Przy wejściu zaczepiła go jakaś latynoska.

- Hola!
- Co?
- Hola senor!
- Ja nie mówię po waszemu.

Tu dziewczę, całkiem młode i może niezbyt brzydkie wskazało na swój całkiem obfity biust. Bidam dał jej pięć dolarów by się odczepiła. Wszedł do środka budynku. Była to typowa hotelo-speluna. Pod sufitem obracały się te wiatrako-wentylatory, przy stolikach siedzieli spoceni Kubańczycy. Bidam usiadł przy wolnym stoliku, otworzył butelkę tequili i wypił z gwinta, bo nie miał kieliszka. Zdechła mucha spadła na stół. Zjawił się kelner i zaczął gadać po hiszpańsku. Chyba że nie wolno wnosić własnego alkoholu. Bidam wręczył mu dwadzieścia dolarów. Kelner uspokoił się i zniknął. Po chwili wrócił i przyniósł trzy szklanki. Jedną pustą, a dwie wypełnione kubańskim mojito.

- Gracias - powiedział Bidam i uśmiechnął się pięknie.

Co tu robił? Dlaczego akurat tutaj? Nalał sobie tequili do pustej szklanki. Wypił. Nie żeby mu to szczególnie smakowało, ale budowało klimat kubański. Po chwili rozległy się jakieś gwizdy, erotyczne śmiechy i cholera wie co. Łatwo to wyjaśnić, gdyż w hotelo-spelunie pojawiła się Cassandra Tisserant. Z wyraźną ulgą na twarzy zauważyła Bidama i od razu się do niego przysiadła.

- Odważna jesteś - uśmiechnął się jak to tylko on potrafi.
- Wywiad to wywiad, nie ważne gdzie - profilaktycznie założyła spodnie. Do tego dość luźne, żeby czasem nie opinały tego i owego w sposób zbytnio prowokujący.
- Co powiesz na gwałt zbiorowy?
- Słucham? - pytanie to musiało niezwykle ją zdziwić.
- Żartuję, w razie czego cię obronię. Mam dla ciebie mojito, prezent. Za dobrą i owocną współpracę.

Wszyscy mężczyźni w hotelo-spelunie świdrowali Cassandrę wzrokiem, a oczyma swych duszy, czyli w wyobraźni, Bóg jeden albo raczej Szatan, raczy wiedzieć czym jeszcze.

- Wiem, że to tylko gra Cassandro, a za drzwiami czai się Avon z funkcjonariuszami GRU. Mimo wszystko, doceniam odwagę. Pięknie nam się współpracuje w ostatnich miesiącach w EWF, więc pomyślałem, że trzeba to uczcić. Jesteśmy na Kubie, to takie ciekawe miejsce. Przyleciałem tu dwa dni temu, stać mnie, to latam. Zresztą EWF i tak płaci za bilety. Pamiętam jak mieliśmy galę w Limie. Wtedy też płaciło, ale obowiązywał jakiś dziwny system zwrotów za koszty podróży. Biurokracja była taka, że nie dało się tego obejść, a ja nie miałem grosza przy duszy. Musiałem płynąć statkiem do Peru. Takie to czasy, nawet chcieli mnie wyswatać w tamtejszej wiosce Keczuasów z córką wodza. Interesuje cię to?
- Bardzo - odpowiedziała popijając mojito.
- Teraz jesteśmy w innej sytuacji. Teraz mnie stać, mam wyższy kontrakt. Wspieram nadal ojczulków z Buriacji, ale sporo też dla mnie zostaje. Nigdy nie ceniłem sobie zbytnio pieniędzy i dalej nie cenię. To tylko taki środek byśmy się nie pozabijali. Wydałem tu już dobre kilka setek, a jestem na Kubie jedynie od dwóch dni. Zawsze mogę zostać utrzymankiem jakiejś aktorki albo celebrytki. Czy ty wiesz ile mam takich ofert?
- Ile? - spytała Cassandra. Było to bezwzględne pytanie.
- Szału może nie ma, ale z dwie lub trzy na miesiąc. Wiem, że inni mają lepiej, ale co robić. Co robić? To wszystko jest sprawą łaski, rozumiesz? Mam łaskę, więc mam sukcesy, mam oferty, mam życie.
- Ale walk nie wygrywasz - kolejna bezwzględna uwaga.
- Przegrałem z SR-Crazy'm to fakt, ale kim jest SR-Crazy? To cholerny EWF World Champion! Niech nam miłościwie panuje!

Tu wstał i krzyknął:

Wywyższ się, który sądzisz ziemię: oddaj zapłatę pysznym.
Dokądże grzesznicy, Panie? dokąd grzesznicy będą się chlubić?
Będą świegotać, i mówić nieprawości: będą mówić wszyscy, którzy broją niesprawiedliwość?
Lud twój, Panie, poniżyli, i dziedzictwo twoje utrapili.
Wdowę i przychodnia zabili: i sieroty pomordowali.
Zrozumiejcież, głupi między ludźmi: a bezrozumni miejcie kiedy rozum.
Który wszczepił ucho, nie usłyszy? albo który uformował oko, nie ujrzy?
Który strofuje narody, zaż nie będzie karał? który uczy człowieka mądrości.
Pan zna myśli człowiecze, że są marne.
Błogosławiony człowiek, którego ty, Panie, wyćwiczysz: a nauczysz go zakonu swego.
Abyś mu ulżył ode złych dni, aż wykopają dół grzesznikowi.
Któż mi powstanie przeciw złośnikom? albo kto przy mnie stanie przeciw czyniącym nieprawość?
Jedno, że mię Pan wspomógł: mało by była dusza moja nie mieszkała w piekle.
Izali dzierży się ciebie stolica nieprawości, który tworzysz pracą w przykazaniu?
Zasadzą się na duszę sprawiedliwego: a krew niewinną potępią.

Usiadł.

- Jaki był tego sens? - spytała Cassandra.
- Sensu nie było żadnego. Bo czy EWF ma jakieś sens? Kiedyś gale były podobno co tydzień, teraz są co kilka tygodni. Kiedyś ludzie się burzyli, jak ktoś chciał rzadziej niż co tydzień, teraz się nie burzą. Przyjęli to, zrozumieli. Niby rzadko, ale jednak często. Nie mija chwila i znowu walczymy. Takie jest to EWF, że raz się wygrywa, a raz się przegrywa. To banalne, ale tak właśnie jest. Nie można zawsze wygrywać. Nawet wielcy z przeszłości, te Kraveny, te Hangmany, te Sandmany i inne Gangsty tego nie robiło. Porażki przychodzą i trzeba ja zaakceptować. Mnie akurat nigdy one nie bolały. Jestem nadal EWF FTW Champem? Jestem. Walczyłem w main-evencie pięknej gali? Walczyłem? Stoczyłem cudną walkę z SR-Crazy'm? Stoczyłem, walka ta była naprawdę pierwszej klasy, nie mam się czego wstydzić. Chairshot Survival match o numerze trzecim naprawdę mógł się podobać. Dobre widowisko, dużo akcji, czego chcieć więcej?
- Wygrywać? - ależ ona zadaje bezwzględne pytania!
- Wygrywać, tak. Chciałoby się wygrać, chciałoby się pokonać Crazy'ego, ale się nie udało. Co mam zrobić? Pociąć się? Walczę z nim na najbliższej gali i to będzie doskonała okazja by naprawić błędy z poprzedniej Paloozy. Z resztą czy ja w Legnicy popełniłem jakieś wielkie błędy? Zaprezentowałem się nieźle, stoczyłem z obecnym, podkreślam to głośno i wyraźnie, obecnym EWF World Champem walkę jak równy z równym. Czego mam się wstydzić? Porażki? Z najlepszym obecnie wrestlerem w rosterze? Nie dramatyzujmy, bo nie ma tragedii. Są porażki i porażki. Taka przegrana nie boli, przynajmniej jeszcze nie teraz. Jakbym stracił pas, no to mogłaby być inna sprawa. Jakbym został EWF World Champem, to mogłaby także być inna sprawa, bo miałbym wtedy ugruntowaną pozycję jako EWF World Champion. Nie jestem jednak World Champem, więc nie mam prawa do dramatyzowania. Ot kolejna czerwona rubryka zamiast zielonej w historii moich walk w EWF. Nic się nie stało, Bidamie nic się nie stało!

Siergiejewicz napełnił kieliszek tequillą. Strasznie mu ona nie smakowała, on w ogóle nie jest jakimś specjalnym fanem alkoholu, a jak pije to ze względów kulturowych. Cassandra opróżniła swój kieliszek mojito, czy tam szklankę, to wszystko pewnie zależy do barmańskich terminologii, więc Siergiejewicz podsunął jej drugą. Ta uśmiechnęła się i chyba podziękowała. Chyba, bo w sumie wykonała tylko delikatny gest głową, żadne słowa nie padły.

Nie musiały.
Nie musiały?
Nie musiały!

- Sprawa jest taka droga Cassandro, że sprawa porwań, zawiła niczym świński ogon, została rozwiązana. Wellington i Elegance okazali się zwykłymi kurwami, podkreśl to wężykiem jeśli trzeba, wężykiem! Szczerze to nie spodziewałem się tego, myślałem, że to jakiś straszny drań za tym stoi, jakiś wielki i zły mastermind. A tu? Nie żebym był zawiedziony, bo historia ta pięknie byłą opowiedziana i miała wiele dramatycznych zwrotów akcji, a teraz wszystko się skończyło, więc może być trochę nudnawo.
- Jest jeszcze Berenika - wtrąciła Cassandra.
- Właśnie, Berenika. Nigdy tego dziewczęcia nie mogłem rozgryźć. Amnezja, amnezja, amnezja. Jakie to tajemnicze. Do tego te wygibasy na ringu, jakieś skoki, miecze, granaty dymne, nawet jej gacie widziałem niczym w japońskim anime. Nie jesteś zazdrosna, prawda?

Cassandra nie była zazdrosna.

- No i dobrze, że nie jesteś, bo dlaczegóż, po co i w jakim celu? Nie ma co gdybać nad sprawą Bereniki, kiedyś się pewnie wszystkiego dowiemy. Może już na najbliższej gali, a może później. Nie interesuje mnie to teraz zbytnio.
- A co się interesuje?
- Jak to co? Kolejna walka oczywiście. Tym razem w tag-teamie z Franko! To będzie akcja! Z Franko zawsze mi się świetnie walczy, mam w nim oparcie, to doskonały zawodnik. Nie bez powodu ma aż dwa pasy. I to od jak dawna! Od marca trzyma ten Evolution Title! Nikt chyba nie trzymał tego pasa aż na tylu galach, a to już coś powinno nam powiedzieć. Z Franko tworzymy bezlitosny tag-team.
- Ale pasów nie macie. Straciliście je - tym razem to Cassandra okazała się bezlitosna. Nie pierwszy raz zresztą dzisiaj.
- To prawda, ale przegraliśmy je w warunkach turniejowych. To inna sytuacja.
- To tylko wymówka.
- No dobra, niech ci będzie, to wymówka. Czas naprawić błędy z letniego turnieju drużynowego i odzyskać Tag Team Titles. Widzę nas jako ponownych mistrzów. Widzę nas z pasami. Nie ma innej opcji droga Cassandro, po prostu nie ma. Przyjemnie było je mieć, więc tym przyjemniej będzie je odzyskać. Nie mówię, że będzie łatwo. Crazy i Bubba to niesamowici przeciwnicy, naprawdę świetni, żywe legendy. Zresztą jeden z nich jest obecnie World Champem, a razem wygrali tyle pasów, których ja przez najbliższe dziesięć lat nie zdobędę.
- Znowu wymówki. Strasznie asekuracyjny jesteś, wiesz? W ten sposób usprawiedliwiasz swoją potencjalną przyszłą porażkę.

Siergiejewicz Nowosibirski uderzył pięścią w stół.

- Co to znaczy? - Cassandra była trochę zaniepokojona.
- To nic nie znaczy - odpowiedział jej - Zaczynając karierę w EWF nigdy nie sądziłem, że dojdę tak daleko, tak wysoko. Wiedziałem, że mam pewną dozę talentu, drobinkę talentu, błysk geniuszu, ale to nic przecież nie znaczy. Wszak trzeba jeszcze ciężkiej pracy, a ja, co tu dużo mówić, lubię się czasem polenić. Nie jestem na szczycie EWF, daleko mi do tego szczytu jeszcze brakuje, ale stworzyłem jakąś markę, moje imię w świecie wrestlingu jest już chyba coś znane. Niegdyś wołano na mnie wielki talent, spełniłem pokładane nadzieje, wygrałem chyba z dziesięć walk z rzędu, zdobyłem EWF Daemusin Title, później EWF Tag Team Titles, a następnie EWF FTW Title. To wspaniałe uczucie wygrywać pasy, to wspaniałe uczucie zdobywać kolejne trofea. Na ostatniej gali zaliczyłem chyba swój pierwszy main-event. Przegrałem, zdarza się. Zawsze można przegrywać. Gdzie tu asekuracja, Cass? Ja nie widzę asekuracji, po prostu wiem na co mnie stać.
- Doprawdy? - Cassandra wskazała na pusty kieliszek/szklankę (albo kieliszko-szklankę) po mojito.
- Moment!

Bidam gwizdnął.
Zjawił się kelner.
Bidam wręczył mu pięćdziesiąt dolarów razy dwa.
Od tej pory mojito płynęło nieprzerwanie.

- Lepiej - rzuciła zrelaksowana Cassandra zabierając się za kolejną dawkę trunku.

Siergiejewicz Nowosibirski uderzył pięścią w stół. Chyba mu się to spodobało.

- Mogę pokonać Crazy'ego i Bubbę, nie mam co do tego żadnych wątpliwości, ale mogę też przegrać. Porażki mnie nie bolą, nie powiem by mnie wzmacniały, bo jakoś szczególnie tego nie robią. Trudno powiedzieć bym robił swoje, bo ja po prostu żyję chwilą. Nie mam czym się przejmować, mam to szczerze mówiąc głęboko w mojej mongoidalnej dupie. Zdziwiona? Nie powinnaś być zdziwiona, nie jest ci z tym do twarzy brązowy cukiereczku. Głupie wyrażenie swoją drogą, biorąc pod uwagę, że właśnie snułem rozważania o głębokości mojej dupy. Fuj, naprawdę ubolewam, że tak wyszło. Bubba i Crazy to wspaniali zawodnicy, to legendy, bla-bla, bla-bla, bla-bla, bla-bla-bla-wielkie bla. Mógłbym się tak powtarzać w kółko i w kółko i w cholerne kółko. Kręćka można od tego wszystkiego dostać. Chcesz tequili? Nie? Mojito lepsze, widzę właśnie. Mam taką teorię, że Bubba nie istnieje. On jest wymyślony, on może istnieć. To chodzący ideał. On nawet pierdzi w sposób moralny, a jak sra to z takim rozmachem, że klękajcie narody. Jego proces defekacji to czynność religijna. Wielu ateuszów mogłoby się nawrócić pod wrażeniem tego spektaklu. Bubba walczy z Kravenem, cóż to za walka, co to za podchody. Jakby w ten sposób ktoś prowadził wojnę, to ja nie wiem, to w sumie taka partyzancka potyczka, a Kraven robi za dobrego, ale znudzonego cara. Aż się dziwię, że tak długo toleruje wyczyny Bubbelixa. Ja bym tego nie tolerował, bo ten człowiek rozwala nam federację od wewnątrz. Nie ma u nas miejsca na świętości, a widząc Bubbę aż chce się krzyknąć "santo subito"!

Sanctus! Sanctus! Sanctus!
Bubbeos!
Sanctus! Sanctus! Sanctus!
On jest godzien!
To sprawiedliwy!
Mężny!
Moralny!
Święty!

Taki właśnie jest Bubba Cass, co ja z nim pocznę. Walczę z nim już od czasu do czasu. Kiedyś przegrałem, później wygrałem, znowu wygrałem i znowu z nim walczę... ale teraz nie będzie tak łatwo. Bo historia jest po jego stronie. Ten półbóg, ta męska Afrodyta stoczy swoją setną walkę w EWF już na tej gali. To groźne, bo będzie miał gaz w dupie i nie mówię tu wcale o puszczaniu wiatrów. Trudno pokonać kogoś kto świętuje taki jubileusz, bo nawet ściany go będą wspierały. Sędzia pewnie też patrzeć będzie z przychylnością. Bo jakże to tak! Bubba miałby przegrać swoją jubileuszową walkę? Wielki jubileusz miałby zostać zniszczony? Drogi jubilat pokonany w dniu swego święta? Tak nie może być! To się nie godzi. Dlatego właśnie obawiam się swoistego sentymentalizmu. Wszyscy będą chcieli pomóc Bubbie by wygrał. Oczywiście Kraven nie będzie chciał, ale na zapleczu mamy całą armię wiernych bubbofilów. Nie sugeruję tutaj wcale, że bubbofilia ma coś z pedofilii tylko pedo zamieniamy na bubbo. To nie tak, to po prostu ładnie brzmi. Nie doszukuj się Cass u mnie żadnej głębszej idei. Ja jestem prosty człowiek, człowiek z ludu. Nie jestem bogaty, nie mam służących Alfredów jak Bubba, nie tworzyłem sobie klonów, nie walczyłem z wielkimi tego świata, nie dane mi było być członkiem Ligi Sprawiedliwych, bo znając moje szczęście to ja bym z niej spadł. Ha-ha, to taki żart, śmiej się Cass, spaść z ligi z której nie można spaść. Dobre, nie? Ale jestem dzisiaj dowcipny, niczego oczywiście nie sugeruję używając słowa "dowcipny", ja nie z tych, przynajmniej nie często. Co z tym bubbowskim fantem powinienem zrobić? Jak się zachować? Jak podejść do walki pełnej jubileuszy. Bubba jest jak sędziwa staruszka, przecież nie przypierdolę takiej w ryj, to się nie godzi, tak nie wypada!

Tak nie wypada!
To się nie godzi!
Tak nie wypada!
To się nie godzi!

Ale się podnieciłem Cass, znowu bez podtekstów, bo gadam jak natchniony. To nie przez alkohol, bo ja mam mocną głową, zresztą to jakieś meksykańskie szambo, tylko sobie sączę. Nie jestem Scytherem, Psycho, Jazzowskim, Vaclavem ani SeBą. Alkohol nie definiuje mojej osoby. Ja jestem rozkoszny w samej mojej mongolskiej istocie, albo koreańskiej. Bubba nie jest rozkoszny, on jest nobliwy. Jak wiekowa arystokratka w tych frędzlach, fatałaszkach, apaszkach, parasolkach, koronkach. Nie wiadomo co z taką zrobić, jak się do niej odnieść, a przypierdolić starowince trudno, oj trudno. Ja staruszek i staruszków nie biję. Błagam więc Bubba, bądź chodź odrobinę ruchawy na tym ringu. Ostatnio nie byłeś zbyt wymagającym rywalem, aż się zdziwiłem, że tak łatwo poszło. Tak przecież nie wolno. Ja mam wyrzuty sumienia, że muszę z tobą walczyć. Nie wiem czy Franko ma, on chyba nie miał okazji jeszcze na taki pojedynek, dla niego to nowość. On się musiał użerać z Bane'ami, więc teraz to wszystko nadrabia. Ja mam Bubbę już po raz czwarty, więc trochę go poznałem. Wiem zatem, że to kolos, dosłownie i w przenośni. Do tego śpiący kolos, bo jak wpadnie w letarg to nic nie robi. Nie wiem, może to taka taktyka. Chce zanudzić rywala na śmierć? Zmusić go do zaśnięcia? Chce bym ukłuł swój palec wrzecionem i stał się niczym Królewna Śnieżka. W sumie nie pamiętam już jaka to dokładnie historyjka z tym wrzecionem była, na pewno się kłuli i na pewno spali, brzmi to trochę jak porno, ale taka prawda. Bubba to usypiacz, przynajmniej tak ostatnio walczył. Ja go rozgryzłem, chciał bym zasnął w czasie walki, padł na matę, a on by mnie odliczył. Muszę ostrzec Franko, bo to genialny numer i można łatwo paść jego ofiarą. Franko to wielki strateg, on zawsze obmyśla swoje walki i rozrysowuje taktyki różne i plany, dlatego pewnie wygrywa. Ja idę na żywioł, Crazy, Szakal, Bubba, ktokolwiek, idę i już. Po co myśleć i się zadręczać? Będzie co będzie, nie ma co się przejmować. Szczerze mówiąc to niewiele rzeczy potrafi mnie zaskoczyć. Ja taki już jestem i już. Wprawdzie nie zachowuję zimnego spokoju jak Franko, ten to dopiero jest posąg, można według niego pomniki rzeźbić, ale co tam... o czym to ja mówiłem? Aha, zaskoczyło mnie, że Vaclav się rozmnożył. Nie spodziewałem się tego szczerze mówiąc. Bo jak to, Vaclav z kobietą i w efekcie potomek? To aż dziwne, a jednak możliwe! To mnie zaskoczyło. Zaskakuje mnie brak ruchliwości u Bubby. Słyszałem, że nigdy nie był szybkim wrestlerem, ale chyba przesadza. Jest nobliwy jak królowa brytyjska. Nie zaprzeczam, ma swój dźwięk, to znaczy chciałem powiedzieć wdzięk, ale to jest wdzięk Elżbiety II! Jak widzę Bubbę to widzę Elżbietę, kropka w kropkę, toczka w toczkę, czopek w czopek, nos ten sam, te same zmarszczki i wyraz twarzy. To aż niesamowite, ale prawdziwe. Taki jest ten Bubba. Co z nim robić?

Co z nim robić?
Co robić z Bubbą?
Co z nim robić?

Wygrywać Cass, wygrywać! Ostatnio dużo gadam i nie daję ci nawet dojść do głosu, ale powiedzmy sobie prawdę, ty nie masz o czym gadać. Pij mojito i podniecaj Kubańczyków w knajpie, w tym jesteś dobra. Zamówić kolejne? Tak myślałem. Tylko się tutaj nie rozpij. Cholera będę się musiał jeszcze o ciebie zatroszczyć, bo cię tu napadną i zmolestują jeśli pijana będziesz. Ja jestem prosty chłopak, żaden rycerz, ale obronię. Crazy, ten to dopiero jest magnat. Zauważyłaś, że od samego początku nie był taki nastroszony niczym pan wojewoda na majątku, cholerny książę Wiśniowiecki i Radziwiłł na Łubniach i Kniejdanach. Aż nie wiem co robić, gdy stoję naprzeciwko niego na ringu, trudno spojrzeć mu w twarz, takie magnackie oblicze ma ten nasz World Champion, promieniuje od niego taka dostojna powaga. Nie jak u Bubby w stylu Elżbiety, o nie. On jak Jarema Wiśniowiecki, jest władczy, apodyktyczny, ma World Title, buławę i wie czego chce. Bubba to zasuszona Elżbieta II z którego już nic nie będzie. Crazy to prawdziwy hetman wojsk Rzeczypospolitej, Jarema! Nie ma innej opcji, on taki jest. Ja przy nim proch i zwykły chłop. Jestem rustykalną świnią, wiesz?

Jestem rustykalną świnią...
Rustykalną świnią...
Świnią...

Nie mylić z mini-świnią, niech jej ziemia lekką będzie. Nie, ja jestem rustykalną świnią. Jestem prosty i jestem chłopski. Żaden ze mnie pan, żaden magnat, żaden dekadencki kalif z rodu Abbasydów. Jestem prostym chłopem ze wsi, z Mongolii, ze stepów. Jestem rustykalną świnią i się tego nie wstydzę. Nie chcę jednak niszczyć piękna. Chłopi mają często tak, że nienawidzą wszystkiego, co szlachetne. Szlachta tworzy piękno, a później przychodzą chłopi i wszystko rozpierdalają. To tacy chłopi o umysłach parweniuszy. Wszędzie ich obecnie pełno: w kościołach, w polityce, w firmach. Czy im nie wstyd? Co przodkowie o nich pomyślą? Tworzymy barbarzyństwo na ruinach piękna, a piękno zamknęliśmy w muzeach. Pieprzony Fukuyama miał rację, z tymże to nie Koniec historii, a Koniec piękna. Tyle. Ja jestem chłopem, ale kocham piękne rzeczy. Ładne butelki, piękne kobiety, dobre alkohole, ładną architekturę, obrazy, malarstwo, stare kościoły, pałace, zamki, rzeźby. Crazy to typowy magnat, o ile mogę to ująć w ten sposób. On jest jaki jest i tyle. Jego szlachectwo, mówimy rzecz jasna o szlachectwie duchowym, bo nie wiem czy on herbowy, jego szlachectwo mnie nie przeraża, nie budzi u mnie odrazy jak u innych demokratów. Demokraci to największe przekleństwo tego świata, wiesz Cass? Ludzie wcale nie są równi i bardzo dobrze, że nie są! Thatcher miała rację, ale teraz nikt jej nie słucha, bo zresztą ona nie żyje, ale taki Cameroon to co on robi z Partii Konserwatywnej? Dokąd to wszystko prowadzi? Jak Europa tak dalej będzie postępować to ja rzucam EWF i spierdalam do Mongolii. Jak najdalej od tego syfu. Najbardziej ucierpią ludzie tacy jak Crazy, arystokraci ducha, twórcy piękna. Pierdolona demokracja totalitarna nienawidzi wyjątkowości, nienawidzi cudnych umysłów. Wszystko chce zastąpić swoją beznadzieją, swoim upadkiem obyczajów i egalitarnym złotym cielcem. Biedny Crazy będzie cierpiał. Ale to później. Teraz niech cierpi w EWF, a ja mam nadzieję się do tego przyczynić. Pokonać Crazy'ego nie będzie łatwo. To cholerny mistrz świata. Zresztą zobacz Cass, ile pasów on the line! EWF FTW Title, mój pas! EWF World Title, marzenie każdego! EWF Tag Team Titles, miałem te pasy z Franko i chce je z powrotem. Tyle pasów, tyle szans, tyle okazji. Ja dopiero teraz zrozumiałem, że to walka o mistrzostwo świata! Że ja mam szansę zdobyć najważniejszy pas w historii polskiego wrestlingu! Teraz to do mnie dotarło. Jaki ja byłem głupi. Gadam tu i smęcę od rzeczy o różnych pierdołach, a uciekła mi sprawa najważniejsza. EWF World Title! Najcudowniejsze marzenie każdego zawodnika w federacji. Chcę pasów, chcę trofeów, chce i pragnę go. Ale czy rustykalna świnia może pokonać magnata? Może, bo moje chłopstwo nie jest chłopstwem barbarzyńskim. Nie jestem chłopem niszczącym, a raczej chłopem twórczym. Jestem jak pieprzony Nikifor, będzie mnie mogła Sharon Stone jak już brzydką, starą i pomarszczoną się stanie, zagrać mnie w jakimś filmie. Chłop twórczy nie sieje zniszczenia, bo chłop twórczy kocha piękno. Dlatego mogę wygrać. Niezły byłby ubaw, jakbym przypadkiem zdobył EWF World Title, nie? Nie mówię oczywiście, że mi się to uda. Nie mam pojęcia czy to możliwe. Oj zamknij się Cass, bo ci wsadzę palec w usta, żeby było większe erotic tension między nami, nie mów że jestem asekuracyjny, proszę cię, nie mów tego. Ja chcę wygrywać pasy, zresztą mam jeden. Plan minimum to obronić EWF FTW Title, plan średni to odzyskać EWF Tag Team Titles, a plan marzenie, plan maksimum to zostać EWF World Champem. Niemożliwe? Hahhaaha, nieźle bym się uśmiał jakbym wygrał mistrzostwo świata, ale dlaczego nie? Co mnie ogranicza? Co mam do stracenia? Ja, rustykalna świnia kontra SR-Crazy, magnat i pan na EWF.

Siergiejewicz Nowosibirski uderzył pięścią w stół. To już trzeci raz dzisiaj!

- Idziemy stąd! - wstał i chwycił Cassandrę za nadgarstek.
- Ale gdzie?
- Dokąd...
- Dokąd? - wstała i spytała. Nie trzymała się zbyt prosto na nogach.
- Czy jesteś profesjonalną dziennikarką? - spojrzał jej prosto w oczy.
- Chciałabym być - spojrzała mu prosto w oczy.
- Kup Franko kosiarkę, wtedy ci przebaczy. Ja to wiem. Wstawię się za tobą u niego.
- Naprawdę? - w jej głosie była jakaś słodycz.
- Tak, a teraz idziemy stąd. Nie podoba mi się atmosfera w tym lokalu.

Wyszli. Samochód Bidama stał, gdzie stał. Dzieci kubańskie spełniły swoje zadanie. Morowe dzieciaki, jakby to kiedyś powiedziano, gdy świat był piękniejszy. Bidam otworzył drzwi i zaprosił Cassandrę do środka. On zajął miejsce kierowcy, ona usiadła obok niego.

- Piłeś.
- Ty też.
- Ale je nie prowadzę.
- Ja też nie.
- Jak to?
- Plymouth Fury rocznik 1958. To auto samo się prowadzi!

Nie tylko samo, ale na dodatek dobrze. Bidam śmigał ulicami Hawany, choć jakoś szczególnie nie przekraczał prędkości. Nikogo nie rozjechał. Był nawet dość ostrożny. Nie wjechał w żaden stragan. Było ciepło. Wiatr rozwiewał włosy Cassandry Tisserant. Włosów Bidama nie rozwiewał, bo to nie jego styl.

- Niedaleko od Kuby jest chyba Haiti? - zagadał Bidam.
- Tak - odpowiedziała na to zagadanie.
- Odwiedzisz ojczyznę?
- Tam już dla mnie nic nie ma.
- To jak w mojej ojczyźnie.
- Zamierzasz wygrać walkę?
- Zawsze chcę wygrywać. Było by bezsensem tracić czas na EWF, jeśli nie zakładałbym zwycięstw.
- Ale Bubba i SR-Crazy...
- Bubba i SR-Crazy, Bubba i SR-Crazy, Bubba i SR-Crazy. No i co z tego? Zapomniałaś jeszcze dodać, że "Ale Franko i Bidam..."
- Franko i Bidam, Franko i Bidam, Franko i Bidam. No i co z tego?
- Właśnie najlepsze jest to, że nic.
- Uważaj koza!!! - krzyknęła Cassandra.
- Co?
- Koza!!!

Bidam wjechał prawie w kozę. Na szczęście biedaczka odskoczyła i nic się jej nie stało. Samochód natomiast został zarysowany, bo gwałtownie hamując obróciło go w bok i delikatnie zarysowało bok o jakiś inny pojazd.

- Cholera - podrapał się Bidam po głowie.
- Nie powinieneś w takim stanie prowadzić.
- Nie?
- Nie.

Bidam wysiadł z samochodu i trzasnął drzwiami.

- Co robisz? - zapytała Cassandra.

Nie odpowiedział. Otworzył drzwi od strony pasażera, chwycił ją za rękę i delikatnie, aczkolwiek stanowczo wyciągnął z samochodu. Słońce zachodziło nad Hawaną.

- Chcę wygrywać - powiedział Bidam melancholijnie.

Zapalił cygaro.

- EWF FTW Championship, EWF Tag Team Championship, EWF World Championship, Bidam, Franko, SR-Crazy, Bubba. Bubba, SR-Crazy, Franko, Bidam, EWF World Championship, EWF Tag Team Championship, EWF FTW Championship - wymamrotał spoglądając w stronę zachodzącego słońca.
- No i? - spytała Cassandra wyczekująco.
- No i nic. To wszystko nic nie znaczy. Tu nie ma żadnego sensu, żadnej logiki. To jest po prostu EWF...

Słońce zaszło nad Hawaną.









***************************************************
Koniec
***************************************************
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Google
 
Copyright © 2001-2010 Attitude      Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group