Czy Renee Young powróci do Total Divas? Najle... (zobacz)
PIONIERZY WRESTLINGU #1 - STANISLAUS ZBYSZKO... (zobacz)
Gwiazdor RoH nie przejdzie do WWE, Duża walka... (zobacz)

AttitudePL na Facebook AttitudePL na YouTube AttitudePL na Twitter Nasz kanał RSS

Poprzedni temat «» Następny temat
Czarna Maska i Pamiątka z Podróży
Autor Wiadomość
Grishan 
Lower Midcarder



E-fed: Franko The Butcher
Dołączył: 17 Sie 2010
Posty: 383
Podziękował: 0
Podziękowano mu 0 razy w 0 Postach
Wysłany: 2015-07-18, 17:32   Czarna Maska i Pamiątka z Podróży

„Każde ciało jest księgą krwi.
Gdziekolwiek je otworzysz, jest czerwone.”

Clive Barker




WCZEŚNIEJ.




Naprawdę parszywy dzień: Henio.

- Kurwa!

Pięść Henia z impetem trafiła w deskę rozdzielczą wypożyczonego samochodu. Szwagrowi Helenki jednak to nie wystarczyło:

- Kurwa! Kurwa! Kurwa!

Każde słowo na „k” było podkreślane przez potężne uderzenie. Ale i tego nie było dosyć: Henryk nacisnął parę razy klakson – ot tak, dla ukojenia szalejących nerwów.

Nie pomogło.

Henio miał szczerą ochotą wysiąść i skopać oporny wehikuł, zamiast tego jednak opadł z sił, oklapnął i zapadł się w sobie. Ukrył twarz w dłoniach.

- Kurwa… - jęknął bezradnie. Przez chwilę po prostu tak trwał, ale w końcu wziął się w garść i rozejrzał po okolicy. Pobocze jak pobocze – ani mniej, ani bardziej zakurzone niż inne pobocza w okolicy. Jedynym, co wyróżniało je z tłumu były szczątki jeża (?) wprasowane w asfalt.

Czyli nic szczególnego.

Henryk czuł się źle. Po prostu. Awaria samochodu pośrodku tego wypizdowa była idealnym zwieńczeniem doskonale zjebanego dnia. Doskonale zjebany dzień świetnie wpasowywał się w absolutnie popierdolony tydzień. Absolutnie popierdolony tydzień był naturalnym zwieńczeniem miesiąca, na który po prostu brakowało określenia. A jeśli pociągnąć to dalej…

Henio nie chciał ciągnąć tego dalej. Ale jego rozgorączkowany umysł miał na ten temat inne zdanie: z sadystyczną przyjemnością podsuwał mu wszystkie porażki i rozczarowania, jakie były jego udziałem przez te kilka miesięcy…

Chcąc nie chcąc, pogrążył się w bolesnych wspomnieniach.

Wszystko zaczęło się od porwania Franka. Do tego momentu wszystko szło znakomicie – był szmal, była robota, była chęć życia. Wszystko było: Heniek czuł się ważny i potrzebny, a to, do cholery, podstawa. A później przyszli murzyni z Boko Haram i porwali mu pracodawcę, będącego przy okazji kimś na kształt przyjaciela. Jak to w ogóle brzmi, do kurwy nędzy?! Takie porwanie?! No, jak?! I jak do czegoś takiego mogło dojść?!

Szwagier Helenki splunął przez otwarte okno. Teraz czuł niesmak, tak. Wcześniej czuł strach, a później wściekłość. Kiedy dowiedział się o zdradzie Jazzowskiego, wzrok przesłoniła mu pulsująca czerwień. Gdyby ten skurwiel mu się wtedy napatoczył, to skończyłby chyba z przegryzioną tętnicą, albo coś w tym rodzaju. To był czas, kiedy Henryk nie myślał zbyt jasno. W pewnej chwili aż się przestraszył, bo nigdy w życiu nie czuł takiej furii. Ogrom palącej nienawiści oszołomił go… i przeraził. Ten strach trochę go orzeźwił. Pojawiła się całkiem rozsądna myśl:

Franko nie dałby się ponieść emocjom.

Przez jakiś czas Henio snuł bliżej niesprecyzowane plany zemsty, ale w końcu zszedł na ziemię. Zemsta należała do Zamaskowanego, kiedy wróci.

O ile wróci…

Wszystko pierdoliło się w postępie geometrycznym. Utrata pracy to nic miłego, nawet kiedy ma się solidne zabezpieczenie finansowe. Żona zaczęła swoje gadanie i Henio poczuł się źle. Kością niezgody stał się dom Franka, którego małżonka Henryka zapragnęła wręcz nieprzystojnie. Szwagier Helenki rozumiał to nawet – sam przecież doglądał budowy – ale się z małżonką nie zgadzał. Sęk w tym, że to był dom Franka. Jego wymarzone ustronie i zabezpieczenie na przyszłość. I nieważne, że Zamaskowanego było stać na dziesięć takich domów.

Ten należał do niego.

No i się zaczęło: ciche/głośne dni, wiercenie dziury w brzuchu i wszystkie te mniej lub bardziej subtelne metody, dzięki którym jego żona zawsze dopinała swego. Życie Henia stała się bardzo, ale to bardzo męczące. Nie było dnia bez poruszenia tego tematu, a spokojne wymiany argumentów nieodmiennie zamieniały się w kłótnie.

Czy należy się dziwić, że zaczął uciekać z domu? Kiedy człowiek jest zdesperowany, powód zawsze się znajdzie. Czy powinno dziwić to, że stał się kłębkiem nerwów? Że szukał ukojenia w hotelowych barach? Że postawił drinka tej Franko Girl, która tak bardzo chciała zobaczyć jego tatuaż? I że jej w końcu ten tatuaż pokazał?

Pojawienie się tego pieprzonego fotografa było piorunująco szybką karą za chwilę zapomnienia. W ten sposób małżeństwo Henryka zawisło na włosku.

Przetrwał wszystko: awantury, ataki histerii, wyrzuty, a nawet próby nastawiania przeciwko niemu dzieci. Przetrwał to, bo w gruncie rzeczy czuł się winny. Przepraszał, obiecywał, zaklinał. Zaczął się nawet łamać w temacie tego cholernego domu – jak Franko wróci, to go sobie odbierze, no nie? Więc o co tutaj kopie kruszyć? To była długa i zacięta walka, w trakcie której prawie zapomniał o godności – miał ją w dupie, stała się tylko zawadą. W końcu dopiął swego.

Zostało mu wybaczone.

Niedługo później do prasy wyciekły zdjęcia jego żony, czule witającej odwiedzającego ją listonosza. Facet pracował w tym rejonie od lat, co skłoniło Henia do szybkich oględzin potomstwa.

Kurwa.

To był jego ulubiony dzieciak.

To była matka wszystkich awantur: wykrzyczeli sobie wszystko, co narastało przez lata. On był dziwkarzem, ona kurwą, zwyczajnie nie przebierali w słowach. W końcu powiedziała coś o jego męskości – coś, co przepełniło czarę goryczy – i czerwień znowu wybuchła mu przed oczami. Rzucił się na żonę, matkę swoich dzieci.

I dostał w mordę tak mocno, że wylądował w szpitalu.

Wyszedł ze szpitala. Wpierdolił listonoszowi. Listonosz go pozwał. Sprawa jest w toku. Tak samo jak postępowanie rozwodowe. Wszystko się posypało, a Henio czasami…

… czasami po prostu miał dosyć.

Nic nie miało sensu. Jego ulubiony syn nie był tak naprawdę jego. Nie miał pracy, a jego rodzina właśnie się rozpadała. Nie był na tyle wielkoduszny, żeby wybaczyć tego pieprzonego roznosiciela listów – wszystko można, kurwa, zrozumieć, ale z listonoszem?! Coś takiego może sprawić, że człowiek poczuje się zbrukany.

Kurwa.

Jakie to wszystko chujowe.

Nic nie ma… kompletnie nic. Jak wszystko może się spierdolić w tak krótkim odstępie czasu?

Kolejne uderzenie dosięgło deski rozdzielczej, był to jednak bardziej wyraz bezsilności, niż gniewu.

Dźwięk telefonu wyrwał Heńka z rozmyślań. SMS? Od Helenki? A ta czego chce? Pomyślał to ze świadomością, że jest trochę niesprawiedliwy – musiał bowiem przyznać, że szwagierka wspierała go w trudnych chwilach. Otworzył telefon i rzucił okiem na wiadomość:

„Franko wrócił. Jest w domu.”

Powoli, jakby nieśmiało, ale jednocześnie nieubłaganie, na twarzy Henryka pojawił się – coraz szerszy – uśmiech.

„Przyjąłem.” – Odpisał tylko. Później wykonał telefon.

Czekając na pomoc drogową, pogwizdywał sobie.




Naprawdę parszywy wieczór: Helenka.

Ten wieczór spędziła w domu: na kanapie, przy wyłączonym telewizorze i zgaszonym świetle, paląc kubańskie cygara i upodlając się bourbonem spożywanym na przemian z gigantycznymi porcjami lodów.

Takimi z bitą śmietaną.

I bakaliami.

Pływającymi w czekoladzie.

To była prawdziwa bomba kaloryczna i poważne zagrożenie dla coraz trudniejszej w utrzymaniu figury, ale Helenka miała to gdzieś – zawsze uważała, że są w życiu sytuacje kiedy człowiek po prostu musi oddać się autodestrukcji. Ot tak, dla zachowania zdrowia psychicznego.

Sęk w tym, że dzisiaj średnio to pomagało.

Menadżerka Butchera westchnęła ciężko, zgasiła niedopałek cygara w pudełku po lodach i podjęła próbę dźwignięcia się z kanapy. Z trudem bo z trudem, ale dokonała tego wyczynu, chociaż grawitacja dawała o sobie znać. Chwiejnym krokiem podeszła do okna i uchyliła je, z wdzięcznością przyjmując orzeźwiający podmuch chłodnego, nocnego powietrza. Przez chwilę stała tak, wsłuchując się w odgłosy nocnego życia miasta. Jej myśli zajmowały sprawy prywatne, a dokładnie pewien, drobiazgowo relacjonowany przez prasę brukową, romans, którego do niedawna była bohaterką.

Helenka westchnęła ciężko i raczej żałośliwie.

Jej wybranek był niezwykle przystojnym, czarującym, obdarzonym ognistym temperamentem i (jak się później okazało) wiarołomnym, Hiszpanem. Zapewnił jej trzy miesiące niezapomnianych wrażeń – najpierw wypełnionego radosnym upojeniem raju, później szarpiącego podejrzeniami czyśćca, a na koniec wypełnionego zazdrością i kłamstwami piekła.

- Sama się o to prosiłam. – Wymamrotała nasza heroina, na nowo pogrążając się w gorzkiej zadumie.

Zaduma trwała dłuższą chwilę. Przerwała ją dopiero pijacka pieśń, wydobywająca się z kilku zachrypniętych gardeł – pieśń bardziej głupia, niż mądra, nader siermiężna i raczej wulgarna, ale w pewien dziwny sposób kojąca. Leciało to mniej więcej tak:

„ Wiedzą o tym góry,
wiedzą o tym lasy,
że Jazzowski zwany Nasem –
- kutas nad kutasy!

Wiedzą o tym na wsi,
wiedzą o tym w mieście:
większej pizdy niż Jazzowski,
nie ma na tym świecie!

Ale przyjdzie czas zapłaty,
czas zdeptania szmaty!
Franko mściwy, sprawiedliwy,
chociaż nierychliwy!”

- JAZZOWSKI CHUJ!!! – Wydarł się przez okno jeden z sąsiadów z naprzeciwka. Deklaracja ta spotkała się z gorącym aplauzem zgromadzonych poniżej krzykaczy. Helenka słuchała z uśmiechem, spoglądając na rozwój wydarzeń nieco zmąconym wzrokiem.

- Idźcie już, chłopaki – wymamrotała niewyraźnie – idźcie, bo ktoś tu już na pewno wzywa policję. Taka dzielnica. Szkoda by was było, całkiem w porządku jesteście. Gdzie jesteś, Franko? Szkoda, że ich nie słyszałeś. Chyba nie dałeś sie zarąbać jakiemuś cholernemu fanatykowi?

Jak łatwo się domyślić, Helenka nie otrzymała odpowiedzi na swoje pytania. Chwiejnym krokiem wróciła na kanapę, zlokalizowała bourbona i walnęła sobie naprawdę porządnego łyka – takiego w stylu Scythera, prosto z butelki. Od razu zakręciło się jej w głowie. Odpłynęła, nie słysząc dzwonka swojego telefonu.

O powrocie Rzeźnika dowiedziała się z dużym opóźnieniem.




Naprawdę parszywy poranek: Velvet

Tak po prawdzie, to przebudzenie Velveta nie było wcale takie złe – jednak on sam miał na ten temat inne zdanie. Wiadomo: depresja zobowiązuje. Obudził się z gigantycznym bólem głowy i Saharą w ustach, nie wiedząc początkowo, gdzie tak właściwie się znajduje. Uznał jednak, że to nieważne – rzecz i tak sama się wyjaśni, tak jak to wcześniej nieraz już bywało. Z wysiłkiem otworzył oczy.

Śnieżnobiały sufit, skotłowana pościel, z jednej strony bezwstydnie odsłonięty – i bez wątpienia damski – tyłeczek, a z drugiej burza blond loków: takie były jego pierwsze wrażenia. Wstał z wysiłkiem, i z uwagą przyjrzał się otoczeniu.

Apartament należał do tych luksusowych. Śpiące panienki pewnie też – to jednak nie miało znaczenia, już nie. Velvet nie miał problemów z pieniędzmi.

Same do niego przyszły.

Stylista z uwagą przyjrzał się wystającemu spod pościeli tyłeczkowi. Tyłeczek był szczupły, kształtny, gładki i wyglądał na jędrny. Mimo to, oględziny napełniły Azjatę melancholią – kiedy mężczyzna osiąga etap, w którym tego typu widoki tylko potęgują odczuwany przez niego przesyt, jest to niechybnym znakiem, że skończyła się pewna epoka w jego życiu.

Velvet uznał, że właśnie zaciupciał resztki swojego libido.

Czy zaciupciał je na śmierć? Pewnie nie – przynajmniej taką miał nadzieję – jednak mógł teraz śmiało powiedzieć, że osiągnął zupełnie nowy poziom świadomości.

Chyba jednak nie był uzależniony od seksu tak mocno, jak mu się wydawało.

Uzależnienie od seksu było czymś w rodzaju protezy – zastępowało uzależnienie od narkotyków. Velvet powiedział „dosyć!” narkotykom całkiem szybko – w momencie kiedy zorientował się, że kompletnie traci przez nie kontrolę. No, ale kiedy człowiek wciąga sobie kreskę w Paryżu, po czym budzi się, tydzień później, w Bangladeszu, w towarzystwie jakiegoś hermafrodyty, to chyba można założyć, że ma się problem? Velvet szybko to sobie uświadomił, to fakt. Narkotyki miały być odpowiedzią na jego problemy z alkoholem, ale chyba zawiodły. Z dwojga złego, lepszy już alkohol. Alkohol był pomysłem Franko – gdzie jesteś, przyjacielu? – i miał być lekarstwem na strach. Tyle tylko, że Velvet nadużył jego dobroczynnych właściwości. A kiedy później okazało się, że Elegance zrobił to, co zrobił…

Ehh…

Ziółka nie pomagały. Alkohol nie pomagał. Narkotyki nie pomagały. I seks też, cholera, nie pomagał. Bez Elegance’a, Velvet czuł się połową człowieka.

Był to jeden z głównych powodów, dla których uważał ten poranek za parszywy.

Nie miał problemu z pieniędzmi: niedawno dostał spadek po nieprzyzwoicie bogatym wuju – ale zupełnie go to nie cieszyło. Niby organizował jakieś pokazy mody, niby odnosił sukcesy, jednak wszystko to było zaprawione goryczą.

Bez Elegance’a po prostu nic nie było takie samo.

Gdyby chociaż Franko był obecny! On przynajmniej potrafił zakotwiczyć Velveta w rzeczywistości. Był stały i niezmienny, był potrzebny. Ale nawet on zawiódł, w pewien sposób, dając się uprowadzić tej bandzie czarnuchów. Bez niego wszystko się posypało, a życie straciło smak. Przez chwilę była jeszcze Helenka, z której Velvet uczynił swoją muzę – jednak po kilku udanych pokazach spotkała tego pieprzonego Juana i zapomniała o dawnych przyjaciołach. Była zbyt zajęta swoim szczęściem.

A Velvet znowu poczuł się samotny.

I tak to trwało aż do dzisiaj. Życie playboya okazało się mniej zabawne, niż można by się spodziewać. Kraje, miasta, napotkani ludzie, zaliczone panienki – wszystko to zlewało się w jedną, trudną do spamiętania całość. Velvet nie był szczęśliwy.

Sięgnął po dzbanek z jakimś sokiem i wychylił go do dna. Poczuł się na tyle lepiej, żeby zamówić śniadanie. Czekając na kelnera, nie myślał o niczym. Jedna z panienek poruszyła się przez sen, na co początkowo nie zwrócił uwagi. Dopiero kiedy wstała i udała się do łazienki, obdarzył ją nieco uważniejszym spojrzeniem.

Przerwał mu dźwięk telefonu. Przyszedł SMS. Velvet bez większego entuzjazmu sprawdził nadesłaną wiadomość, nie zwracając nawet uwagi na nadawcę:

„Wróciłem do domu. Schudłem. Dopasujesz mi strój?”

Przez chwilę Velvet po prostu tępo wpatrywał się w ekran telefonu. Później poczuł jakąś dziwną ulgę i uśmiechnął się. Poczekał, aż dziewczyna wrócił, i zapytał:

- Gdzie my tak właściwie jesteśmy?

Popatrzyła na niego z rozbawieniem.

- W hotelu. Wczoraj wieczorem byłeś bardzo hojny…

Nagle powrócił ból głowy. Azjata rozmasował skronie:

- Miasto. W jakim jesteśmy mieście?

Popatrzyła na niego z niedowierzaniem.

- Warszawa. W Berlinie chyba nie rozmawialibyśmy po Polsku?

- Nie wykluczałbym takiej możliwości. Ale i tak dziękuję.

Czuł spokój, wystukując odpowiedź:

„Jestem w Warszawie. Zjem śniadanie i zabieram się do Ciebie. Do zobaczenia.”

Uśmiechnął się do dziewczyny. Odpowiedziała tym samym i pewnie pomyślała, że Vel vet to miły gość. Nie miał nic przeciwko temu. Franko wrócił i wszystko też wróciło – wreszcie - na swoje miejsce.

Nareszcie poczuł się dobrze.




PÓŹNIEJ.




Rozmowa dwóch przyjaciółek.

- Kiedy tutaj przyszedł, wyglądał trochę jak zbity pies – powiedziała niebrzydka blondynka o nieco zmęczonym wyrazie twarzy – i chyba był cholernie osłabiony. Mruknął coś co brzmiało mniej więcej jak: „a cóż mi się tutaj zalęgło?”, po czym zaakceptował sytuację, jak to on.

- Bardzo źle z nim było? – Helenka upiła z filiżanki łyk kawy i wygodniej usadowiła się na krześle. – Bo jak zobaczyłam te blizny, to po prostu…

- No tak… blizny. Paskudne są, to fakt. A ja jeszcze w dodatku nie wiedziałam, jak bardzo on się poharatał tak normalnie, w EWF. Niby oglądałam parę jego walk, ale nigdy nie sądziłam, że to tak na poważnie…

- Wielu popełnia ten błąd – Helenka uśmiechnęła się z wyrozumiałością – a on naprawdę był dźgany skalpelem, batożony, wpieprzany przez piranie i tak dalej.

- No to już wiem, za co oni w tej federacji takie pieniądze dostają – rozmówczyni menadżerki Butchera pokręciła z niedowierzaniem głową – no, ale wtedy o tym nie wiedziałam i byłam pewna, że on wszystkie te blizny i szramy przyniósł prosto z Afryki…

Hela tylko znowu się uśmiechnęła i bez szczególnego zainteresowania rozejrzała się po zadbanej kuchni będącej scenerią rozmowy.

- Trochę blizn zarobił, to fakt. No i schudnął, więc pewnie nie karmili go tam zbyt dobrze. Mówił Ci coś na ten temat? Zwierzał się?

Rozmówczyni po prostu spojrzała na Helenkę. W milczeniu, ale bardzo wymownie.

- No tak… widzę, że Twojego byłego męża nie zmieniła nawet katorga w kopalni, czy gdzie oni go tam trzymali. Co jest nawet w pewien sposób budujące. Powiedz mi jeszcze jedną rzecz: długo chorował?

- Parę dni. Spał, jadł… i spał dalej. W międzyczasie wezwałam lekarza, który nafaszerował go lekami i odrobaczył. Podobno miał niezłe zoo w jelitach, jakieś egzotyczne pasożyty, rozumiesz…

Helenka chyba nie chciała rozumieć. Była małżonka Zamaskowanego kontynuowała:

- Cos tam mu się nawet w mięśniach zalęgło, ale nie wnikałam w to jakoś szczególnie. Grunt, ze ten konował w końcu go wyleczył. Pewnego dnia Franek po prostu wstał z łóżka i poszedł do tej swojej samotni.

- Mówisz o sali ćwiczeń?

- Robi też za salę telewizyjną i muzeum z pamiątkami, ale tak: mówimy o tym samym. Mniej więcej wtedy zawiadomił wszystkich o swoim powrocie – wcześniej zakazał mi o tym rozpowiadać – i zaczął powoli doprowadzać się do porządku. No i tak się doprowadza aż do dzisiaj…

- I tak sobie żyjecie tutaj od tej pory? – Tym razem uśmiech Helenki można było określić mianem „wieloznacznego”.

- Mniej więcej tak to wygląda – mruknęła Joanna (bo tak ma na imię matka córki naszego bohatera) – od razu mi powiedział, że możemy zostać tak długo, jak tylko zechcemy. No i zostałyśmy, przynajmniej na razie.

- A jak Młoda znosi całą tą sytuację?

- Zadziwiająco dobrze – słowom tym towarzyszyło ciężkie westchnienie – wiesz, ona chyba zwyczajnie potrzebuje ojca.

- No to może… wiesz…

- Co? – Joannie wyraźnie nie leżał ten temat. – Jak masz coś konkretnego na myśli, to mów.

- Dobrze wiesz, co mam na myśli.

- Co? Drugi ślub? Cudowne zjednoczenie rodziny? Już widzę tą rozmowę między nami: posiłki będą? Będą. Seks będzie? Powiedzmy, że będzie. A to w porządku, możemy się znowu hajtnąć. O to mniej więcej Ci chodzi?

- Powiedzmy, że o to.

- Daj sobie spokój z tym swataniem nas, dobra?

- Aż tak Cie przeraża taka możliwość?

- Trochę – mruknęła Joanna bawiąc się w zamyśleniu niesfornym kosmykiem opadających jej na czoło włosów – tak po prawdzie, to się trochę martwię.

- O co Ty możesz się martwić? Miałaś kłopoty z mieszkaniem, to Henio Ci pomógł udostępniając dom Franka. Z kasą chyba nie masz kłopotów, co nie? Jak Franek był nieobecny, to finanse się chyba zgadzały? Sama tego dopilnowałam. No to w czym problem?

- Młoda jest w niego strasznie zapatrzona. A on… on dostał świra na punkcie wyrównania rachunków, wiesz? Chce odpłacić pięknym za nadobne wszystkim tym skurwielom, którzy zrobili mu to, co zrobili. Nie wiem, jak się to wszystko skończy, i martwi mnie to.

- Ci ludzie zasłużyli sobie na to, co ich spotka – w głosie Helenki zadźwięczały okruchy lodu – i nie sądzę żeby było to coś, co powinno Cie martwić. Odbiorą to, co im się należy, rozumiesz?

- Rozumiem. I to lepiej, niż Ci się wydaje. To jest Franko, zdajesz sobie z tego sprawę? I to Franko, któremu paru cwaniaków nieźle dokopało. Jak myślisz, co on teraz zrobi? Do jakich czynów się posunie?

Helenka milczała, i w końcu nie odpowiedziała na to pytanie.

Tak po prawdzie, to odpowiedź trochę ją przerażała.




TERAZ.




Pamiątka z podróży.

Na stronie internetowej EWF w końcu pojawił się oficjalny materiał od Butchera. Wiadomość o tym fakcie rozeszła się wśród fanów lotem błyskawicy, więc ilość wyświetleń szybko osiągnęła poziom co najmniej zadowalający. Federację, rzecz jasna. Dowiedziałeś się o tym z opóźnieniem (a może po prostu nie lubisz Rzeźnika, więc masz w dupie, czy coś przysłał, czy nie). Orientujesz się jednak, że to coś mocnego. Że materiał wzbudził duże kontrowersje. Przez jakiś czas walczysz z ogarniającą Cię ciekawością – załóżmy, że naprawdę nie znosisz tej zamaskowanej mordy w telewizji – ale gorące dyskusje na forach internetowych przekonują Cię wreszcie. Poddajesz się ciekawości. I odpalasz ten pieprzony filmik…


Na ekranie pojawia się krwistoczerwone logo EWF. Po chwili zaczyna się jazda:

Kadr jest wypełniony Rzeźnikiem, ale i tak widzisz trochę z pomieszczenia, w którym się znajduje. Co to jest, jakaś piwnica? Chyba tak. Za oświetlenie robi goła żarówka, której światło wydaje się dosyć… niezdrowe. Zamaskowany też wygląda niezdrowo – widzisz to mimo zakrywającej jego twarz maski. Jest ubrany w przepoconą koszulkę na ramiączkach, a jego ciało pokrywa lśniąca warstwa potu. Widać, że jeszcze nie doszedł do siebie w pełni – w porównaniu do poprzedniego roku jego chudość ciągle wydaje się niezdrowa. Widać też paskudne blizny na prawej ręce – niektóre z nich to pamiątka po Flagellation Matchu, ale większość przywiózł prawdopodobnie z Afryki. Oczy Zamaskowanego emanują beznamiętnym chłodem, a głos jest chrapliwy – jak zawsze – a Ty zaczynasz się orientować, że w zawodniku zaszła jakaś zmiana. Nie wiesz do końca, na czym to polega, ale… tak. Fakt jej zaistnienia jest bezsporny. Czujesz dziwny dreszcz przebiegający po karku. Uśmiechasz się, maskując zdenerwowanie. Całe szczęście, że to tylko wrestling, że to wszystko na niby. W innym wypadku poczułbyś się… niekomfortowo. Pomyślałbyś, że ten facet traktuje to wszystko nieco zbyt poważnie.

Franko przemawia:

- Wróciłem. To słowo jest wyrokiem dla tych, którzy mnie zlekceważyli. Mam dla was radę, skurwysyny: następnym razem upewnijcie się, że zdechłem. Zresztą, źle to ująłem: nie będzie następnego razu. Będzie tylko paraliżujący strach i wszechogarniający niepokój, będzie tylko czekanie na koniec, który wcześniej czy później nadejdzie. Wyrok już zapadł. Wykonam go w wybranym przez siebie miejscu i czasie. I jest to tak samo nieuniknione, jak wasze ostateczne upodlenie. Czego się, kurwy, spodziewaliście? Że mnie tam złamią? Zabiją? Pogrzebią? Próbowali. Ale to ja jestem tutaj, teraz. I wiem dokładnie, co należy zrobić.

Zamaskowany porusza się i zauważasz, że o jego kolano oparty jest wysłużony kij baseballowy. Pokrywają go liczne rysy, które w jakiś dziwny sposób współgrają z bliznami pokrywającymi ciało zawodnika. Rzeźnik machinalnie ujmuje rękojeść swojej broni:

- Wiem dokładnie, co należy zrobić. Wy ciągle jeszcze nie zdajecie sobie z tego sprawy, ale to akurat jest kwestią czasu – już wkrótce wszystko stanie się jasne. Zapłacicie mi za wszystko, zapłacicie co do dnia i godziny. Zapamiętałem sobie każde uderzenie bata, każdą miskę śmierdzącej breji którą mnie karmili, każdy łyk cuchnącej błotnistej wody która nie była w stanie ugasić mojego pragnienia i każdy dzień, który spędziłem w Jamie - karcerze, w którym nie można było ukryć się ani przed palącym słońcem, ani przed chłodem nocy. W gruncie rzeczy lubiłem tam przebywać, bo miałem czas na myślenie. Wszystko, co was spotka , zostało wykute w Jamie, ale nie tam się narodziło. To wy to stworzyliście. Wprawiliście w ruch tę machinę. I to właśnie wy poniesiecie pierdolone konsekwencje. Palące słońce i przeszywający chłód, praca ponad siły i brak czasu na odpoczynek, walka ze współwięźniami – rozbite czaszki, strzaskane kości policzkowe, połamane ręce i nogi – gówniane żarcie, strażnicy których najpierw musiałem nauczyć szacunku, a później strachu, wygłodniałe i nieludzko cierpliwe sępy krążące nad obozowiskiem w oczekiwaniu na ciała moich współtowarzyszy, robactwo żerujące na moim ciele i toczące wnętrzności, nawet próby nawrócenia mnie na cholerny islam – bo pewnie przydałby się im kolejny bezwzględny morderca – wszystko to jest jak kamienie, którymi obciążę wasze trupy. Z tej drogi nie ma odwrotu. Tym razem to wszystko po prostu zaszło zbyt daleko. Postawiliście mnie pod ścianą i zmusiliście do ostateczności. Od tej pory, jesteście już tylko padliną.

Pięść zaciska się na rękojeści. Kostki palców bieleją:

- Słowa, słowa, słowa. Nie sądzę, by zostały potraktowane poważnie bez czynów, które za nimi podążą. Na tym chyba polegał mój błąd, który popełniłem jeszcze przy okazji porwań: nie doprowadziłem tego do końca. Uznałem, że porywaczy spotkała dostateczna kara, podczas gdy sytuacja wymagała krwawego epilogu. Czegoś co ukazało by wszystkim to, co dla mnie jest oczywiste: z Rzeźnikiem się nie pogrywa. Nigdy i pod żadnym pozorem. Bo konsekwencje są, kurwa, zbyt przerażające. Zawiodłem wtedy, widzę to dopiero teraz. Na szczęście potrafię uczyć się na swoich błędach. Tym razem każdy skurwiel i każda kurwa dostaną dokładnie to, na co zasłużyli. Ani mniej, ani więcej: w starannie odmierzonej dawce. To zacznie się już na kolejnej Wrestlepaloozie i będzie trwało, aż do gorzkiego końca.

Franko luzuje chwyt i podnosi kij. Przez chwilę przygląda się mu zimno, po czym z powrotem opiera go o ziemię. Podejmuje swój monolog:

- Tak, na ten temat też muszę się wypowiedzieć. Wrestlepalooza. Nie pomnę jej numeru ani nawet miejsca, w którym się odbędzie. Obawiam się, że w zaistniałej sytuacji to po prostu nieistotne. Liczy się kolejny dzień spędzony w strefie wojny. Istotna jest też walka, którą przyjdzie mi stoczyć. Tym bardziej, że jej zasady wcale nie będą tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać. Każdy postronny obserwator prawdopodobnie tego nie zauważy uznając, że to zwykły Tag Team Match doprawiony szczyptą egzotyki, ale ja patrzę na to inaczej. Muszę nie tylko pokonać przeciwników, ale też dopilnować, żeby mój tak zwany „partner” nie opuścił ringu jako FTW Champion. Nie chcę też tego pasa dla siebie, co prowadzi do oczywistej konkluzji: muszę odliczyć Szakala. Po prostu.

Czy to możliwe, że w głosie zamaskowanego pojawiło się jeszcze więcej chłodu? Odnosisz wrażenie, że jeszcze chwila i Twój monitor pokryje się warstwą szronu:

- Jesteś podobny do Crazy’ego, Szakal. Obaj żyjecie w swoim własnym świecie i nie przejawiacie ochoty ani energii, która jest potrzebna, żeby wyjąc głowę z własnej dupy. Co w oczywisty sposób ogranicza wasze pole widzenia. Nigdy niczego od was nie chciałem – poza waszymi pasami i szczyptą wyzwania w ringu – ale w obozie były takie młodziaki, którym jeszcze ostały się złudzenia. Wyobraź sobie, że oni przez cały czas mieli nadzieję, że ktoś – Kraven, Crazy, albo ty – że ten tajemniczy ktoś uwolni ich z tego koszmaru, do którego trafili walcząc i krwawiąc dla EWF. Niepotrzebnie żyli złudzeniami – wiesz coś o tym, prawda? Bo kim dla takich jak ty są tacy jak oni? Zaledwie epizodem w długiej i chwalebnej historii naszej umiłowanej federacji. Co zrobił Crazy, żeby wymóc ich uwolnienie? Co zrobił nasz umiłowany mistrz, posiadacz tej bezcennej relikwii, jaką jest World Title? Wybrał się na safari. Safari, kurwa. Co TY zrobiłeś, poza sporadycznymi odwiedzinami zgromadzonego na pikietach elektoratu? Nic nie zrobiłeś. Bo tak naprawdę, gówno cię to wszystko obchodzi. I w sumie to nawet nie mam ci tego za złe, bo po prostu jesteś, kim jesteś i nie należy od ciebie przesadnie wiele wymagać. Jest jednak pewne „ale”.

Dla podkreślenia wagi swoich słów, Franko stuka kijem w kamienne podłoże. Dźwięk jest głuchy i dosyć nieprzyjemny:

- Zmęczyło mnie to całe udawanie, że ty jeszcze cokolwiek znaczysz w ringu. Poklepywanie po ramieniu, adoracja ze strony Tostera, podstawianie ci w czasie gal młodego mięsa armatniego, żebyś mógł podleczyć swoje ego po kolejnych porażkach z tymi, którzy coś w tej federacji znaczą. Razi mnie twoje tchórzostwo – bo jak inaczej nazwać tą szopę, którą odstawiałeś z Castro Juniorem? Kiedy bierzesz zamach to po to, żeby komuś przypierdolić, a nie po to, żeby sobie kijkiem pomachać i posłać parę groźnych spojrzeń w stronę kamery. To było tak gówniane, że nawet ja poczułem niesmak. Żyjesz przeszłością, w krainie „Niegdyś”, w której wciąż wzbudzasz strach i szacunek. Teraz boją się ciebie tylko jobberzy bez perspektyw, którzy wiedzą, że zarząd federacji w końcu cię nimi nakarmi. Twoje przeświadczenie o własnej wielkości jest i smutne, i zabawne zarazem – przede wszystkim jednak: żałosne. To niezrozumienie realiów przyjmuje naprawdę kuriozalne formy, tak jak wtedy, kiedy zapewniłeś Bidamowi Evolution Title moim kosztem. Sam mogłeś zdobyć ten tytuł, ale pewnie czułeś się zbyt posągową postacią jak na tak mało znaczący kawałek metalu. Tak było, prawda? Według ciebie Evo Title jest niegodny twojej osoby. Zabawne. Ja dla mnie, byłbyś idealnym Evolution Championem – ten pas jest w tej chwili doskonałym wyznacznikiem twoich możliwości. Mógłbyś go trzymać całkiem długo, ucząc młodzież pradawnej sztuki rzetelnego wpierdolu. Byłbyś walczącym mistrzem, więc twoi fani z Tosterem na czele posikaliby się ze szczęścia. Same zalety i wielka szansa dla Szakala, z tym że byłeś zbyt zaślepiony, żeby z niej skorzystać. No i dobrze – przynajmniej Bidam nabił sobie statystyki.

Kolejne, znaczące stuknięcie:

- Czas podsumować ten przydługi wywód: na najbliższej Wrestlepaloozie wbiję ci do tego zakutego, pooranego bliznami łba, kilka niepodważalnych faktów. Zakończyła się pewna epoka. Ci, których z takim uporem lekceważysz, potrafią ci wpierdolić na sposoby, których jeszcze parę lat temu nie odważyłbyś się wyśnić. Czy jesteś w stanie to zaakceptować, czy nie, twój czas powoli mija. Zdaję sobie sprawę, że przekonanie o tym tak twardogłowego bydlaka będzie trudne, ale jakoś się tym nie martwię. Do każdego można dotrzeć: wystarczy wystarczająco mocno uderzać. Każdy cios pięści eksplodujący głuchym odgłosem w twojej czaszce będzie dla ciebie wiadomością. Każdy łokieć wbijający się w twoje sflaczałe mięśnie, boleśnie przebijający warstwy odłożonego dzięki ciepłej posadce sadła i szukający słabych punktów, przeszyje cię jak prądem. Każdy kop w mordę, kiedy leżysz bezradnie rozłożony na ringu będzie miarą pogardy, jaką czuję w stosunku do rozmamłanej kupy łajna, którą się stałeś. Każda akcja, po której poczujesz twardość maty będzie dowodem na to, że stare kości nie reagują tak elastycznie, jak kiedyś. Każda dźwignia jaką ci założę będzie pretekstem do modlitwy: żeby tylko Bidam zdążył nadbiec ci z pomocą… żeby tylko zdążył. Więc módl się do niego, Senatorze. Módl się, ile sił. Tylko on może uratować cię przed całkowitym ośmieszeniem. Przed przegraną prawdopodobnie cie nie uratuje – już ja się o to postaram – i kiedy wreszcie spadnie na ciebie impet jednego z moich finiszerów, zaznasz ukojenia. Nareszcie będziesz mógł odpocząć. Wcześniej jednak, zrobię pomiędzy linami taką rzeźnię, że mata zmieni barwę na brudno - szkarłatną od wypływającej z ciebie krwi. W takim grubasie na pewno jest jej sporo – ufam, że przez te lata jeszcze nie wszystko się wylało. Zamienię cie w krwawy ochłap, zamęczę i zaszczuję. Uświadomię ci, że w tej walce jesteś dla mnie tylko zwierzyną. Na koniec – wykończę cię. W ten sposób sprowadzę cię na ziemię:

Brzydko.

Brutalnie.

Boleśnie.

I nie będzie już więcej Szakala takiego, jakim go znamy.

Przez chwilę Franko milczy, porządkując myśli. Po chwili zwraca się do kamery:

- Drugim moim oficjalnym rywalem będziesz Ty, przyjacielu. Znowu stajemy naprzeciwko siebie, zamiast wzajemnie pilnować sobie pleców. Dobrze wiesz, że nie pragnę takich konfrontacji, tak samo jak zdajesz sobie sprawę z tego, że są one nieuniknione. Jesteśmy na nie skazani. To, że staliśmy się najlepszą drużyną w tej nieszczęsnej federacji, niczego tutaj nie zmienia. Ten szczegół będzie się liczył dopiero podczas turnieju, kiedy obronimy to, co wcześniej zdobyliśmy z takim trudem. Nie będę się na ten temat rozwodził, bo dobrze wiesz, jak jest. Nie pragnę Twojego pasa, albo może inaczej: nie pragnę go, kiedy znajduje się w Twoim posiadaniu. Gdyby posiadał go ktoś inny, od razu rzuciłbym mu się do gardła. Ale to oczywiste. Tak samo jak to, że zrobię wszystko, żeby Jazzowski nie dostał go w swoje łapska – wszystko w ramach narzuconych nam zasad, rzecz jasna - bo jego zwycięstwo byłoby dla mnie w tej sytuacji przegraną. Może się jednak zdarzyć, że rytm walki odciśnie na nas swoje piętno i zaczniemy jechać na czystym instynkcie. To się zdarza, kiedy człowiek jest poobijany i zmęczony aż do granic wytrzymałości. Wtedy pojawia się pewien automatyzm, podsycany dzikim uporem. W takich sytuacjach wszystko może się zdarzyć, a starcie robi się po prostu nieprzewidywalne. Czyli… spotykamy się w ringu. I będzie, co ma być.

Franko czyni ruch, jakby zamierzał wstać, reflektuje się jednak:

- A, jest jeszcze Jazzowski. Na ciebie nie będę marnował śliny w ustach, szmato. Pizdą byłeś, jesteś i pewnie takim już pozostaniesz: świadomość, że ring na który wchodzę jest skalany twoją obecnością, stanowi dla mnie jedno z większych obciążeń zbliżającego się starcia. Muszę trzymać instynkty na wodzy, bo w pewnym momencie przypierdolenie ci może stać się pokusą nie do odparcia. Ale nie martw się – będę się kontrolował. Jestem w tym dosyć dobry, a ty zwyczajnie nie zasłużyłeś sobie na zakończenie naszych spraw pomiędzy linami. To nie dla ciebie. Twoim przeznaczeniem jest błysk noża w ciemnym zaułku, albo tępe uderzenia metalową rurą na zapleczu. Skończysz w rynsztoku, a nie w blasku jupiterów. Jak tchórzliwe ścierwo, którym w istocie jesteś.

Zamaskowany spluwa z trudną do opisania pogardą, po czym wstaje. Obraz gaśnie…

… tylko po to, żeby pojawić się na nowo. Tym razem Franko stoi w przestronnym, piwnicznym pomieszczeniu oświetlonym przez trochę za słabą jak na ten metraż żarówkę. Butcher ciągle ma ze sobą kij – z tym, że teraz opiera go na ramieniu. Z tyłu dostrzegasz jakiś kształt – cholera, tam jest jakiś facet! Z uwagą przyglądasz się zwisającemu z sufitu głową w dół, owiniętemu w ogromny foliowy worek, zakneblowanemu i związanemu, czarnoskóremu mężczyźnie. Ten zaś zupełnie jakby poczuł na sobie Twoje spojrzenie – porusza się niespokojnie, szarpie w więzach, jęczy.

- To jest Ebenezer. – Mówi spokojnie Rzeźnik. – Ebenezer jest moją pamiątką z podróży. Kiedyś był nieustraszonym terrorystą i sadystycznym strażnikiem, teraz jest tylko mięsem.

Zamaskowany błyskawicznie odwraca się i wyprowadza krótki cios pięścią, która z chirurgiczną precyzją uderza w nos jego więźnia, prawdopodobnie doprowadzając do złamania. Krwotok zaczyna się prawie natychmiast, ale Franko nie zwraca na to uwagi. Na powrót odwraca się do kamery:

- Nigdy nie lubiłem takich pokazówek. Czasami jednak nie da się inaczej. Wszyscy Jazzowscy tego świata: wszyscy ci, którzy myślą, że to jakieś żarty… wszyscy ci kretyni muszą zostać uświadomieni co do rozmiaru popełnionego przez nich błędu. Są granice, których się nie przekracza. Tak z czystej ostrożności, rozumiecie? Niektórych drzwi lepiej nie otwierać, bo za nimi może się czaić piekło. A ze mną…

… się…

…nie pogrywa.

W tym momencie Franko wprawia kij w ruch i w jakimś chorym amoku zaczyna napierdalać owiniętego w foliowy kokon murzyna. Szeroko otwartymi oczami obserwujesz, jak kij uderza potężnie raz za razem: w ramiona, nogi, tors, żebra. Ofiara Rzeźnika wije się bezradnie, a jej twarz dosłownie pływa we krwi – szokujący efekt jest potęgowany przez folię, po której ściekają strużki szkarłatu, gromadząc się w powiększającej się kałuży. W dodatku mężczyzna ma wyraźne kłopoty z oddychaniem, jako że jest zakneblowany i ma złamany nos. Rzeźnik nie zwraca na to uwagi. Po prostu napierdala dalej. I wiesz co? Wygląda to kurewsko realistycznie.

W końcu Franko przestaje. Z upiorną karykaturą uśmiechu przylepioną do twarzy odwraca się w twoją stronę. Znowu przechodzi Cie dreszcz.

- Spokojnie, to przecież tylko EWF. Na terenie Afryki nie przebywali żadni porwani obywatele naszego kraju, pamiętasz? Wrzuć na luz, to tylko statysta. Prawda?

Zamaskowany zbliża twarz do ekranu, tak byś mógł się napawać śmiertelnym chłodem jego oczu.

- Prawda? – Pyta po raz ostatni. Później, z jakąś ostatecznością w ruchach, odwraca się do tonącego we własnej krwi więźnia i z budzącym dreszcz grozy rozmachem przypierdala mu w potylicę. Uderzeniu towarzyszy budzący mdłości trzask. Owinięty kokonem strzęp człowieka wpada w niekontrolowane drgawki. Obraz zamazuje się… i znika.

Pojawia się logo EWF.


Nie wierzysz w to, co właśnie zobaczyłeś. Nieźle pojechali, kurwa. Zajebiście to było zrobione. Te wybałuszone białka oczu, wypełniająca kokon krew, bezwzględna pewność siebie Butchera… nadal skurwiela nie lubisz, teraz chyba jeszcze bardziej. Ale efekt był niezły, musisz to przyznać. To znaczy… hmmm… to chyba jednak nie było właściwe słowo. Tak po prawdzie, to jesteś zniesmaczony. Ta federacja schodzi na psy, to nie jest właściwa droga. Czego oni chcą, powrotu do czasów, kiedy zawodnicy gwałcili krewne swoich oponentów? Zresztą… czego spodziewać się po EWF? Wychodzisz z Internetu z uczuciem dziwnego niepokoju. Masz wrażenie, że przekroczono tutaj jakąś granicę. Serce Ci bije, mięśnie pulsują – to pewnie niedobór magnezu. Zastanawiasz się, co oni jeszcze wymyślą? I co zrobi Franko na najbliższej Wrestlepaloozie? Ta kwestia zaczyna Cię nurtować.

Prawda, że to ciekawe?

Prawda?





Stworzone w Ten Erp Wyrywa Się Spod Kontroli Studio.
 
     
SSAN-jak-rzeka
Jobber


Dołączył: 02 Gru 2012
Posty: 153
Podziękował: 0
Podziękowano mu 0 razy w 0 Postach
Wysłany: 2015-07-18, 19:11   

Zabrzmi to pewnie trochę pizdowato, ale jestem zadowolony, że ze sobą na tej gali nie walczymy. W innym wypadku, ten RP wywołałby we mnie odczucia jakie miałem może trzykrotnie w trakcie swojej kariery. Palooza 100, Palooza 109 i KAV. Gratuluję.
 
     
Grishan 
Lower Midcarder



E-fed: Franko The Butcher
Dołączył: 17 Sie 2010
Posty: 383
Podziękował: 0
Podziękowano mu 0 razy w 0 Postach
Wysłany: 2015-07-19, 17:26   

Zawsze miło jest przeczytać opinię taką jak powyższa - zwłaszcza, jeśli wyszła spod palców człowieka, którego niektóre erpy są w czołówce mojej osobistej listy (obok paru dzieł Scythera i jednego arcydzieła Toola). Dzięki.

W sumie, Franko traktuje tą walkę jako kolejną odsłonę jego konfliktu z Nasem - jeśli Jazzowski wyjdzie z tego starcia z pasem, oznacza to, że Butcher przegrał. Więc w jakimś tam sensie zawalczymy ze sobą ;)
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Google
 
Copyright © 2001-2010 Attitude      Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group