Czy Renee Young powróci do Total Divas? Najle... (zobacz)
PIONIERZY WRESTLINGU #1 - STANISLAUS ZBYSZKO... (zobacz)
Gwiazdor RoH nie przejdzie do WWE, Duża walka... (zobacz)

AttitudePL na Facebook AttitudePL na YouTube AttitudePL na Twitter Nasz kanał RSS

Poprzedni temat «» Następny temat
Wszystko już kiedyś było...
Autor Wiadomość
Bidam

Dołączył: 01 Kwi 2010
Posty: 40
Podziękował: 0
Podziękowano mu 0 razy w 0 Postach
Wysłany: 2015-08-01, 16:32   Wszystko już kiedyś było...

^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
Teraz
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

Bielsko-Biała – co za zajebista nazwa! Tak, powstała z połączenia dwóch miast, Bielska i Białej. Wow! To prawie jak Budpeszt, który powstał z połączenia Budy i Pesztu. Bidam był bardzo rozochocony. Siedział na drewnianej ławce, przy drewnianym stole obłożonym białą ceratą w stylu lat dziewięćdziesiątych. W tle widać było lasek, a także typową blaszaną budę, gdzie na rożnie smażyły się kurczaki. Był też grill, gdzie skwierczały smacznie kiełbaski. Upał nieziemski, pot lał się ze wszystkich, co robiło szczególne wrażenie na bluzce Cassandry Tisserant i jej sterczących dumnie haitańskich walorach. Typowy parking leśny przy typowej polskiej drodze, jak już wspomniano nieopodal Bielska-Białej. Dobrze, że były drewniane stoły i drewniane ławy, a niektóre nawet miały zadaszenie. Nowosibirski i Cassandra mieli tyle szczęścia, że udało im się zająć stolik pod daszkiem. Na papierowych talerzykach, czy też tackach znajdowały się dorodne kurczaki, doskonale przyrumienione, przynajmniej niektóre, jeden wyglądał na przypalankę. Bidamczykowi dano keczup, bo Polacy używają keczupu do wszystkiego, ale on nie korzystał. W styropianowych kubeczkach znajdowały się jakieś napoje, chyba podrobione fanty albo inne napoje pomarańczowe rodzaju gazowanego. Za złotówkę lub dwie można zakupić takie cuda w każdym polskim markecie. W tle widać właściciela tego gastronomicznego przybytku, grubego pana z łysą glacą i jego żonę, równie grubą i wyglądającą raczej mało sympatycznie. Na parkingu całkiem sporo innych pojazdów, tu i tam biegają dzieci i jakoś to leci.

- Wszystko już było droga Cassandro, mówię ci to – mówił Bidam zajadający się kurczakiem.
- Mówisz? Było? Co na przykład? – zapytała zaciekawiona.
- Franko, Jazzowski, Weronika Passent, zdrady, porwania… to już było – Nowosibirski był jakiś melancholijny. Choć jedzenie kurczaka sprawiało mu wiele przyjemności, to w tej czynności brak było typowej dla niego pasji. Bidam zawsze zjadał kurczaki z pasją, a dzisiaj nie. Dlaczego?
- Niby kiedy? W BGW? PCW? HVW? Kiedy?
- Musisz spojrzeć na to z szerszej perspektywy – teraz masował się po brzuchu. – Jak to mówią Anglosasi, spójrz na „big picture”. To było, te wszystkie zdrady, ataki terrorystyczne, zamachy stanu, przejęcia władzy. To się już działo w starożytnym Egipcie.
- Ale my nie żyjemy w starożytnym Egipcie! – zaprotestowała tak gwałtownie, że Bidam aż pomyślał, że jej lewa pierś wyskoczy na wolność. Nie wyskoczyła, ku smutkowi Bidamczyka i właściciela budki z kurczakami, który obserwował ją od czasu do czasu. Nazwijmy go panem Heniem (na cześć „frankowego” Henia), a jego małżonkę Grażyną (bo to do niej pasuje). Pan Henio zerka co jakiś czas rozmarzonym wzrokiem na biust Cassandry, oczywiście wtedy gdy Grażyna nie patrzy. Grażyna jest Grażyną, a nie Grażynką – to ważne!
- Skąd wiesz, że nie żyjemy? Może jest w tym wszystkim pewna ciągłość? W ten sposób jesteśmy Egiptem, Rzymem, Grecją, Japonią, Mezopotamią, III Rzeszą, Związkiem Radzieckim? Co? Bo może to wszystko nie ma sensu i trzeba sobie po prostu palnąć w łeb, ot tak prostu i zobaczyć czy koniec jest początkiem czy też jebanym absolutnym końcem.
- Naprawdę chciałbyś to sprawdzić? – spytały zatrwożone cycki Cassandry. No dobra, zapytała Cassandra, ale punkt koncentracyjny nie dotyczy tu jej twarzy.
- Nie! – odparł Bidam z uśmiechem i zabrał się za kolejnego kurczaka. – Absolutnie nie! Chciałem ci tylko uświadomić, że być może całe nasze życie to jedna wielka repetycja, jedna pieprzona powtórka. Wszystko, co kiedykolwiek przytrafiło ci się w życiu, na 100% przytrafiło się też milionom innych osób. Wszystkie twoje radości były przeżywane przez innych, wszystkie smutki tak samo. Historie ludzi są tak banalne i tak do siebie podobne, że…
- Że? – zapytała zaciekawiona.
- Sam nie wiem. Nas Jazzowski to chuj, ale chuje istniały przed nim i będą istnieć po nim. On myśli, że jest kimś wspaniałym, ale tak naprawdę jest jedną wielką powtórką, bo on już istniał, jego żona też istniała, on istnieje teraz, ale będzie też istniał w przyszłości. Jego wielka chujowatość blednie w obliczu tysięcy lat. Opowiem ci pewną historię Cassandro, rzadko dzielę się opowieściami z czasów mojej służby w Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznej, ale tym razem zrobię wyjątek. Może ktoś zrobi nawet o tym film kiedyś, bo historia choć banalna, może być interesująca. Widzisz, Jazzowski to taki typ homo chujovatus, ja takiego już znałem. Zdarzyło się dawno temu, będzie pewnie z piętnaście lat…


^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
Kiedyś
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^


Polowanie trwało nie długo, nie krótko, lecz w sam raz. Fakt, mogło zejść szybciej, ale ta pora roku nie była zbyt korzystna dla polowań. Jesień, deszcze, chłody, słoty, żyć się odechciewa. No, ale jaka pora roku jest w takim razie korzystna? Można zadawać sobie takie pytania, a można też po prostu polować. Sierżant nie lubił gadać, nigdy nie był gadatliwy. Kilka godzin temu przestało wreszcie padać. Deszcz jest sprzymierzeńcem zwierzyny, ale tylko tej inteligentnej. W 98% przypadków zwierzyna popełnia błędy, tyle błędów! Jeśli chce się brać udział w polowaniu, to trzeba to robić z głową, trzeba myśleć, zawsze… bez przerwy. Było już dobrze po ósmej, choć przez te chmury wydawać by się mogło, że dopiero przestało świtać. Ślady prowadziły wyraźnie w stronę Rozstajów Dwóch Przełomów. Zawsze wybierali tę drogę, zawsze! Zwierzyna dysponuje prostymi umysłami. Chcą przetrwać polowanie szybko i bezboleśnie. Myślą, że im szybciej uciekają, tym większe szanse na przeżycie. Nie znali się zresztą na geografii, topografii, ortografii i paleografii, nie orientowali się w terenie, o niczym nie wiedzieli. Wydawało im się, że trzeba najkrótszą i najprostszą drogą posuwać się w stronę granicy, bo tam jest wolność. Jaka wolność?! Wolność była tu, wolność była w nas, a nie tam! Zwierzyna żyła przecież w najszczęśliwszym miejscu najszczęśliwszego kraju na świecie, a jeszcze nie umiała tego docenić. Ale cóż! Wywrotowe elementy, często od dwóch, a nawet trzech pokoleń – czego można się po nich spodziewać?

Odprawa przed polowaniem była krótka. Kapitan nie był chyba zadowolony, bo miał minę krzywą jak dupa kreta. Chodzi oczywiście o kreta z południa, bo tu na północy wszystko było idealne, a krety miały idealnie proporcjonalne dupy. Do dobrych kilku tygodni nie było polowania. Fakt, to nie akurat wina oddziału, że te nie odbywały się. To nawet dobrze, że zwierzyna wolała żyć w szczęściu. Wszyscy jednak wiedzieli, że brat kapitana jest naczelnikiem wioski wielkiego szczęścia. Wszystkie pozycje powyżej szarego obywatela były nieustannym zagrożeniem, bo wróg, szpieg, zdrajca i dywersant czaił się wszędzie. Mimo wielkiego szczęścia jakie panowało w obozie, to lepiej było pracować w służbach bezpieczeństwa niż być stałym obozowym rezydentem. Kapitan pokazał zdjęcia uciekinierów, czyli tzw. zwierzyny. Mówił spokojnym i zrównoważonym głosem.

- Mamy dwójka. Nielegalne małżeństwo zawarte bez zgody państwa. Do tego w zakazanym obrządku.

Ile przestępstw! Jak można zawierać małżeństwo bez zgody państwa i partii? Do tego w zakazanym obrządku! W głowie się nie mieści! Jak te elementy wywrotowe czegoś nie wymyślą. Uczciwy obywatel nie był zdolny do takich świństw. Na przydział żony i męża trzeba było swoje odczekać. Do tego ten zakazany obrządek. Trafili się jacyś religijni zacofańcy czy co?

- Ich zniknięcie zauważono na porannej zbiórce – kontynuował kapitan. – Mają nad nami kilka godzin przewagi, trudno stwierdzić ile, może pięć, może sześć, a może i siedem. No, ale my przecież nie poruszamy się na piechotę tak jak oni. Mamy pojazdy, a do tego zanosi się na deszcz.
- Jaka trasa? – spytał sierżant. Sierżant miał prawo do zadawania pytań. Był bardzo młody i niesłychanie zdolny. Wróżono mu przyszłość, choć podobno jego pochodzenie nie było w stu procentach prawomyślne.
- Dziesięć na dziesięć przypadków wybiera trasę na Rozstaje Dwóch Przełomów. Tak jest zawsze, tak będzie i tym razem. Myślą, że tędy najszybciej do granicy. Towarzysze, macie 24 godziny na przejęcie zwierzyny i zwrócenie ich państwu.

24 godziny – dużo czy nie dużo? Wystarczy… i tyle. Oddział myśliwski nie był duży, bo samo polowanie nie zapowiadało się na szczególnie wymagające. Uciekinierzy to zdesperowani oberwańcy, nawet oporu nie będą stawiać, a nawet jeśli to kula w łeb i po krzyku. Takie sprawy załatwiało się prosto, ich i tak czekała mogiła. Na dwa osobniki łowne zdecydowanie wystarczy trójka myśliwych, a i tak może być nudno. Ślady sprawdzono dokładnie, były świeże, nie mogły mieć więcej niż kilka godzin. Tropienie jest jednym z elementarnych podstaw szkolenia. Szkolenie to rzecz ważna, ale tylko głupi pomyślałby, ze Ojczyzna ma specjalne oddziały tropicieli przeznaczone tylko do polowań. Takiego marnotrawstwa tu nie ma i dlatego właśnie jest to kraj powszechnej szczęśliwości. Trzeba chronić go, chronić ludzi, patrolować, tropić, pilnować, bo wrogowie chcą zniszczyć nasz raj. Wszędzie zdrajcy, szpiedzy i dywersanci. Dwóch szeregowych i sierżant – taki był skład na dzisiaj. Szeregowcy byli prawie świeżakami, mieli za sobą tylko max trzy polowania. Sierżant nie wnikał w to. Był bardzo młody, ale już doświadczony, i to jak! Talent, a do tego bezwzględna dusza, absolutnie wierny państwu i wielkiej idei. Niewielu chciało służyć pod nim, bo był małomówny i wymagał od każdego absolutnego maksimum, ale wszyscy chcieli służyć z nim. To istotna różnica. Jeden ze świeżaków złapał trop. Był jak pies. Dlaczego oddział nie miał ze sobą psa? Byłoby łatwiej. Ano dlatego, że takie małe polowanko też było elementem szkolenia. Pies to wygoda, pies to rodzaj rozpuszczenia, wszystko można mu zostawić. To przydatne, ale tak młodziki nigdy nie nauczą się pracować. Dzisiaj uciekła dwójka, a za dwa lata możemy mieć spowodowany przez dywersantów masowy bunt i wielkie ucieczki. Trzeba być przygotowanym na wszystko. Młodziki powinni umieć polegać na sobie, bo tylko tak będą mogli bronić Ojczyzny i służyć naszej wielkiej idei.

- Mam! Tu za zaułkiem!

Zaułek to taki, że kilka krzaków na krzyż, no ale jest, zaułek. Co znalazł młodzik? Co miał? Papierek! Nie dość, że uciekli to jeszcze śmiecą. Sierżant miał dla nich tylko nienawiść. Spojrzał w niebo, to piękne niebo i zadumał się nad miłością do Ojczyzny, do idei, do partii i do przyrody. Jak oni śmieli niszczyć przyrodę!

- Dzielą nas od nich może z dwie godziny – powiedział podniecony młody szeregowiec.
- Dwie? Pokaż to, sam spojrzę.

Sierżant wziął papierek w swoje piękne i kształtne palce. Dotknął go. Hm, baton ryżowo-ryżowy z wyrobu ryżowopodobnego w czekoladzie czekoladopodobnej. Prawdziwy rarytas! Takie dostaje się tylko raz na miesiąc. Popatrzył na rozdarcie, ciekawa metoda rozdzierania, niecodzienna, tak rozdziera się papierki batoników tylko o poranku. Człowiek wtedy bardziej głodny, to nie batonik popołudniowy, gdy jest się bardziej zrelaksowanym. Nie, ten był rozdarty z werwą, z wyraźną potrzebą jedzenia, czuć było od niego głód. Sierżant przesunął swe piękne palce po charakterystycznych ząbkach. Liczył głośno – raz, dwa, trzy, cztery, aha! Jest to czego szukał! Jest ta nierównomierność rozdarcia. Zwilżył papierek śliną, następnie spojrzał na glebę, zrobił obrót wokół własnej osi i zbadał ślady.

- Godzina… i do tego niecała – jego głos był pewny, jego myśli jasne i klarowne. On czuł, że tak jest. On to wiedział.
- Jest sierżant pewien? – głupie pytanie drugiego szeregowca. Po co w ogóle je zadaje? Czy on śmie kwestionować autorytet dowódcy? Sierżant puścił to płazem, miał dobry dzień.
- Całkowicie pewien. Kierunek północny-wschód pod kątem odchodzącym 43 stopni. Szybki marsz, ale nie bieg. Nie chcemy ich spłoszyć. Kilkadziesiąt minut i mamy ich. Później wracamy i spokój. Dobrze się spiszecie, to może będzie czekała nas was jakaś miła towarzyszka – powiedział z uśmiechem.

To ucieszyło młodziaków, choć sierżant wiedział, że za udział w tak prostej misji takiej nagrody nie będzie. No, ale co tam. Niech się cieszą. To w sumie mogła być tylko taka gra z ich strony, radość pozorna, bo pewnie i tak wiedzieli, że takiej nagrody nie będzie. Dodatkowy przydział na kolację – tak, a to już byłoby coś. Posuwali się szybkim marszem, tak jak stanowił rozkaz, tak miało być. Już po kilkunastu minutach zauważyli wyraźne ślady. No, byli już u celu, już tuż tuż. Młodzi szeregowcy wyraźnie rozluźnili się…

- O kurwa! – krzyknął nagle jeden z nich! Co za krzyk!

Jak coś nie hukło, jak nie dmuchło. Jeden z szeregowców wpadł do dołu. Wcześniej go tu nie było! Tego dołu rzecz jasna, tej pierdolonej dziury w ziemi! Był on głęboki, trzeba to przyznać, bo szeregowiec sam wyjść z niego nie mógł. Azjaci są mali, co do zasady. Sierżant automatycznie wykonał kilkanaście skoków w lewo przy nachyleniu ciała o 23 stopniach. To mu pomogło, bo drugi świeżak został uderzony maczugą, która zawieszona na linie spadła z drzewa i pierdolnęła szeregowca prosto głowę, prosto między oczy. Załatwili go, padł jak nieżywy. Może rzeczywiście nieżywy? Sierżant był wreszcie w swoim żywiole. Posuwał się po okręgu przeciwległym zgodnie z kanonami taktyki. Krok w prawo, krok w lewo, okrąg, odskok, czujność. Tak trzeba postępować. Ale ich zaskoczyli! No, no, no! Sierżant wiedział jak postępować. Jest! Dopadł ich! Wyeliminowali dwójkę, ale to były najsłabsze ogniwa. Trzeciego, czyli dowódcy już nie będą w stanie pokonać. Nie mogli przecież zastawić pułapek wszędzie. Byli! Parka uciekinierów, pierdolona zwierzyna, zdrajcy i kanalie. Zabić, rozszarpać, krew, krew, chcę krwi! Chyba myśleli, że dopadli całą swą pogoń. Sierżant był jednak dobrym myśliwym i znał swój fach. Nie był najlepszy, ale był dobry. Wystrzelił. Nie na wiwat, nie na ostrzeżenie. Mógł zabić, ale po co? Trafił mężczyznę w ramię. To był jego sposób wyrażania ostrzeżeń.

- Gościu! Dlaczego strzelasz do nas, co? – kobieta była niesamowicie rezolutna. Być może brakowało jej trochę rozumu, ale natura nie poskąpiła jej walorów wizualnych. Piękny okaz, sierżant od razu to zauważył. Poczuł też sympatię… dlaczego?
- Strzelam, bo uciekacie.

Kolejny strzał, zero słów, drugie ramię trafione.

- No gościu! Spasuj, dobra? Daj nam uciec, co? Nikt się nie dowie, co ci szkodzi?
- Nie – odpowiedział zimno i beznamiętnie.
- Ej no! Bądź człowiekiem. Okejka? – kobieta nie dawała za wygraną.
- No ja jestem, ale wy?
- Co my?
- Ucieczka to zdrada. Nie można zdradzać własnego narodu, własnej Ojczyzny, państwa, partii, własnego domu. Czas wracać.
- Koleś! My nie wracamy, czaisz to?
- Nie rozmawiaj z nim. On nie rozumie. On jest jak maszyna, bez serca… - mężczyzna wreszcie się odezwał. Krwawił i cierpiał, było widać ból na jego twarzy… ale w oczach… tych oczach… była jakaś hardość. Może właśnie to było to serce? Sierżant nie przejmował się tym, on miał serce, a jego serce biło dla państwa i dla idei. Nic nie odpowiedział. Podszedł do mężczyzny i wycelował mu broń prosto w czoło.
- Jesteś gotowy? – zapytał.
- Strzelaj – otrzymał odpowiedź.
- Nie! Zostaw go! – to kobieta. Nic nie rozumiała z tej męskiej rozgrywki, ale oni rozumieli, ale ona nie, ale oni rozumieli, ale ona nie…

Kobieta chciała rzucić się na sierżanta i chyba wydrapać mu oczy, ale efektowny kopniak w brzuch powalił ją na ziemię. Mógł prawym sierpowym, ale po co szpecić takie piękno?

- Zdrajcy – sierżant splunął pogardliwie. – Wracamy do domu. Tam już nas was czekają.


^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
Kiedyś, ale później
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^


Przesłuchania odbywają się w małych klaustrofobicznych pomieszczeniach. Nie ma tu okien, jest wielkie lustro, za którym jak wiadomo ktoś siedzi i patrzy. Światło jest skąpe, meble są proste. Pokój śledczy i tyle. Nie ma nad czym się specjalnie rozwodzić. Na krześle siedzi sierżant, na drugim, ale takim bez oparcia, uciekinier.

- O co jestem oskarżony?
- O ucieczkę, zdradę, próbę zniszczenia państwa, obalenia partii i kraju szczęścia.
- Udało mi się to? – zapytał z perfidnym uśmiechem.
- Tak, zniszczyłeś nasze szczęście. Myślisz, że próba zaprowadzenia anarchii, a to nie jest kwiecień przecież, ujdzie ci płazem? Otóż nie, nie ujdzie. Myślisz, że wyjdziesz z tego żywy? Nie, nie ma nadziei, naprawdę jej nie ma. Jako członek grupy terrorystycznej chciałeś obalić nasz rząd. To przesłuchanie to tylko formalność, bo ty siebie już nie zbawisz. Uważałeś się za mesjasza? Za zbawcę narodu?
- Oczywiście. Chciałem zbawić naród, ale przede wszystkim siebie. Dlatego postanowiliśmy z żoną uciec. Okazało się, że wy wszyscy jesteście robotami, więźniami idei, nie jesteście ludźmi, więc zbawić was nie można. Chrystus nie chciał zbawiać zwierząt, prawda?
- Milcz i nie wspominaj mi o religijnych zabobonach! – zirytował się sierżant.
- Milcz, milcz. Nie mogę milczeć, gdy dzieje się niesprawiedliwość. Władza jest u nas zepsuta, ale naród też został zepsuty, zniszczono go terrorem. Nie ma dla niego zbawienia, ale dla mnie i dla mojej żony było. Chcieliśmy uciec by zbawić samych siebie. To nasz program mesjański! – powiedział to z wyraźną dumą.
- Tak właśnie myślałem. Wszyscy chcecie zbawiać tylko siebie, a wszystko inne to tylko takie gadanie. Roboty bez serc… ty nawet nie próbowałeś tu nikomu pomóc. Zawsze myślałeś tylko o sobie. Wcale nie byłeś zainteresowanym dobrem wspólnym, lecz własnym interesem. Twój własny interes to jest to, co was napędza. Najgorsze jeśli taka osoba, jak ty, nie jest w stanie przyznać się przed innymi i przed sobą, że tu tak naprawdę chodzi o egoizm. Jest pan egoistą?
- Tak – znów zabrzmiała duma w tej odpowiedzi. Duma i pogarda.
- Zapalisz? Bo ja tak.

Sierżant wyjął paczkę papierosów, wyciągnął jednego i zapalił. Więzień nie chciał. Nie to nie.

- Słuchaj, to nie czas na oskarżenia, naprawdę nie czas. Dostaniesz jakiś sąd, odczytają jakiś akt, ale twój los jest przesądzony. Jesteś już stracony, rozumiesz? Nie zbawiłeś świata, nie zbawiłeś swojej żony, nie zbawiłeś siebie. Po krzyku, rozumiesz? Zwykłe formalności. To znaczy krzyczeć będziesz na pewno, i wcześniej, i później, i dzisiaj, i jutro, i wczoraj. Krzyk, krzyk, krzyk. To już bez znaczenia. Nasza rozmowa w sumie też jest bez znaczenia. Jesteś niegłupim człowiekiem. Miałeś pewne sukcesy na polu pracy zawodowej w naszym obozie, byłeś nawet liderem kilku spółdzielni barakowych, z małżonką swoją byliście swoistymi gwiazdami. Ba, uważano cię za jednego z najlepszych. No i zszedłeś na złą ścieżkę, stoczyłeś się. Wiem o tym, czytałem twoje akta, wszystkie. Najpierw chciałeś być przyjacielem komisarza politycznego, nawet coś z nim piłeś, prezent dostałeś. Później go zdradziłeś, jak mogłeś? Nie, nie odpowiadaj. Miałeś przyjaciela, być może jedynego w swoim życiu. I co? Jego też zdradziłeś. Najlepszego przyjaciela, jak mogłeś? Tak się nie robi. Ja też mam przyjaciela i tak nie umiałbym postąpić. To mój partner, razem pracujemy. Zdrady u nas nie będzie, a ty co? Kanalią jesteś, wiesz?
- Nie.
- Wiesz, co? Jesteś jak owca z Rumunii. Wiesz, co to za kraj ta Rumunia? Chujowy, to taki synonim chujowatości. Nigdy tam nie byłem, ale niedawno wróciłem z Polski, to blisko i wiem, co tam o tym kraju mówią. Gorzej niż w jebanym Laosie, rozumiesz? Jesteś mentalnym Rumunem, a dlaczego owcą? Bo owcom wydaje się, że są mądre, ale tak naprawdę są głupie. To jest najgorsze, jak debilowi wydaje się, że jest inteligentny. Ty drogi obozowy frajerze, też taki jesteś. Twoja sława sięgała tylko kolczastych drutów naszego obozu. Bo to mały świat mój drogi, a tobie wydawało się, a może nadal wydaje się, że jest on wielki. Nie jesteś mega gwiazdą piłki nożnej w stylu Ronaldo, Zidane’a czy Alana Shearera. Jesteś maksymalnie Markiem Citką, gwiazdą małego grajdołka. Nie wiesz kto to? Taki polski piłkarz. Ale słuchaj, ja mam dla ciebie prezent.

Sierżant wyciąga spod stołu drut kolczasty.

- No dalej, dawaj łapy!

Drut kolczasty zostaje brutalnie zawiązany wokół rąk zbiega, trochę poniżej nadgarstków. Jest krew, jest ból, jest krew, jest ból. Nie ma jednak łez, uciekinier jest twardy.

Widzisz? – zapytał sierżant brutalnie, wręcz wulgarnie, nie był to wulgaryzm słowa, ale wulgaryzm ducha. – Jesteś uwięziony przez swoje własne ja, przez swoje własne rozbuchane ego. Myślisz, że ten obóz to tylko więzienie fizyczne dla jednostek zdegenerowanych. Że tylko to? Otóż nie. Twój umysł jest zniewolony tak samo jak nasze. Nas nie umiałeś zbawić, a siebie chciałeś? Dobre żarty. Od urodzenia jesteś niewolnikiem, a nie mesjaszem. Wszystko już było, wszystkim sterowano. Te genialne pomysły jakie miałeś, myślisz, że sam na nie wpadałeś? Że to twoja inicjatywa była? Nie, zostałeś wtłoczony w tę rolę i urobiono cię tak byś myślał, że nie tylko jesteś mesjaszem, ale też że masz jakieś objawienia mesjańskie, jakąś misję. Pojawiłeś się nie bez przypadku, nie bez powodu… to wszystko było zaplanowane. Rozumiesz? Czujesz?!
- Jak to? – zapytał niepewnie więzień, a sierżant zacisnął mu kolczastą obręcz.
- Nawet twoje nielegalne małżeństwo zostało przewidziane. Nie przewidziano tylko jednego – rezultatu. Nie wiedziano czy projekt obozowego mesjasza powiedzie się czy też nie. To już zależało od ciebie, od twojej ciężkiej pracy, od indywidualnych predyspozycji. Ty nie lubisz ciężkiej pracy, co? Widać to po tobie. Nie odpowiadaj.
- Odpowiem! – przerwał mu pomimo bólu. – Uciekłem, a więc udało mi się!
- Egoistyczny durniu! Nie miałeś zbawić siebie, ale nas wszystkich! Nas… Nas… Nas… - sierżant zadumał się. – oj nas… rozumiesz? Nas wszystkich! A ty to wszystko zaprzepaściłeś. Związałeś się z nieodpowiednimi ludźmi, uwierzyłeś w fałszywe idee i stałeś się fałszywym, złym prorokiem, antymesjaszem. To, co miało być piękne i czyste – zostało splugawione. Skaziłeś ideę mesjańska na zawsze, wykrzywiłeś ją jak w cyrkowym zwierciadle. Przy okazji splugawiłeś swoją żonę, tak niewinną i w sumie dobrą istotę, choć trochę zagubioną. Nikt nie może już na ciebie patrzeć. Na twoje obozowe fiksacje, na głupstwa, idiotyzmy i szalone przygody. Gdy usłyszałem, że to właśnie ty okazałeś się zdrajcą, to nawet się ucieszyłem. Liczyłem na to, że wsiądziesz do swojej rakiety, ona wybuchnie i będziesz rozjebany.
- Nie śmiej się z rakiety. Brałem udział w projekcie naszych rakiet balistycznych, dzięki któremu pokonamy Wielkiego Szatana zza oceanu.
- Tak i wyjebali cię stamtąd za niekompetencje. To, że cię złapaliśmy udowadnia jedynie, że jesteś takim nieudacznikiem, który nawet nie potrafi porządnie uciec.
- Przepraszam, ale czy to nie miało być przesłuchanie?
- A nie jest? – zapytał rozbawiony sierżant.
- W sumie to nie. Pan śledczy wygłasza monolog na mój temat, ale o nic nie pyta.
- My już wiemy wszystko.
- Wszystko?
- Tak. Wystarczy, że podpiszesz protokół i już. Możesz iść na śmierć.
- To po co to wszystko?
- Po co? Żebyś umierając wiedział jakim śmieciem byłeś! Co ty myślisz? Że my jesteśmy towarzysze radzieccy? Że dostaniesz kulę w łeb i już? O nie, mój drogi, o nie. Takiej łaski nie dostaniesz, bo na nią nie zasługujesz. Nie myśl też, że możesz to przekształcić w jakieś mesjańskie męczeństwo. Nie ma mowy, to nie będzie żadna kaźń, lecz zwykła sprawiedliwość ludowa. A kaźń nie zasługujesz, na męczeństwo nie zasługujesz, na wbijanie gwoździ w dłonie też nie zasługujesz.
- A to? – wskazał na swoje kolczaste „kajdany”.
- Ah to? To tylko taki dodatek, symbol twojej mentalnej niewoli. Zobacz, zrywam z ciebie kajdany! Zobacz! Poczuj to!

Sierżant brutalnie zerwał z dłoni uciekiniera drut kolczasty. Zresztą nie tylko drut, ale też kawałki skóry. Była krew i był wrzask z bólu.

- Wiesz co? Może jednak czegoś się nauczyłeś. Zmieniłem zdanie. Wstań i idź. Jesteś wolny.
- Co? Tak nagle? Dlaczego?
- Tu u nas wszystko może się zdarzyć. Śmieciem jesteś, więc żyj jak śmieć. Bez domu, bez ubrania, bez jedzenia. Będziesz mieszkał na kupie śmieci, gnoju i własnego gówna, w smrodzie, z owadami w odchodach, własnych i cudzych. Taka będzie twoja przyszłość. Idź!

Więzień wstaje, ociera spływającą po rękach krew i podchodzi do drzwi.

- No dalej, naciśnij klamkę – zachęca go sierżant.

Uciekinier naciska klamkę, otwiera drzwi… a za nią kobieta i dziecko, dziewczyna, kilkuletnia może, trudno stwierdzić.

- Co… co wy tu robicie? – zapytał niemal płaczliwym głosem.

One milczą.

- Twoja była żona i córka? – zapytał sierżant, ale jego głos nie był płaczliwy, lecz nasycony pogardą.
- Co… co one tu robią?
- Co? Co? Co? Co ty sobie świnio myślałeś? Że się skurwisz, zdradzisz wszystkich i twojej rodzinie nic się nie stanie?
- Ale one nie maja z tym nic wspólnego! – zaprotestował wzburzony.

One nadal milczą.

- Dlaczego milczycie? – zapytał uciekinier.
- One się ciebie wstydzą – odpowiedział za nie sierżant. – Okazałeś się kurwiszonem i myślisz, że jak one się teraz czują? Co twoja córka czuła w szkole, gdy okazało się, że jesteś perfidną mendą? Co czuła gdy wytykano ją palcami, popychano, inne dzieci nie chciały się z nią bawić, dokuczały jej, być może używały przemocy i nazywały córką zdrajcy. Myślałeś o tym skurwielu? Czy chociaż przez sekundę zastanawiałeś się nad tym jak ona będzie się czuć, po tym wszystkim, co zrobiłeś? Czy dokonując swoich kolejnych zdrad myślałeś o innych? O swoich najbliższych?
- Ja… ja… ja nie sądziłem, że… – był wyraźnie zbity z tropu.
- Oczywiście, że nie sądziłeś, pod tą maską inteligencika jesteś tak naprawdę mało rozgarniętym półgłówkiem! Mówię delikatnie, bo najgłupszy jednak znowu nie jesteś. Sądziłeś, że jesteś cwaniakiem, ale tak naprawdę przecwaniakowałeś. Trafiłeś nie tyle na większych cwaniaków, lecz po prostu na lepszych od siebie. Myślałeś, że jesteś wielki, ale jesteś malutki. Twoje szyderstwo zostanie zdeptane z błotem. Pewność siebie utarzane w łoju, perfidny uśmieszek wybijemy ci razem z zębami. Będziemy cię uczyć, będziemy cię ćwiczyć. W zasadzie to nie chcemy byś coś wreszcie zrozumiał, bo jesteś tak zacietrzewienie tępy i samolubny, że ty niczego nie zrozumiesz. Ale to nie szkodzi, urodziłeś się ignorantem, ignorantem byłeś i ignorantem umrzesz. Szkoda, że przy okazji sprowadziłeś na innych nieszczęście.
- Jak to?
- Twoja była żona idzie do obozu reedukacyjnego dla chorych psychicznie kobiet.
- Przecież ona nie jest chora psychicznie!
- Już jest. Do widzenia pani!

Sierżant pstryka palcami i kobieta bez słowa wycofuje się w ciemność.

- Twoja córka, cóż, została skierowana do obozu dla sierot wymagających szczególnej uwagi z powodu skłonności do agresji.
- Przecież ona nie ma skłonności do agresji! To spokojne, kochane dziecko!
- Już ma. Do widzenia dziecko.

Sierżant znów pstryka palcami i dziewczyna bez słowa wycofuje się w ciemność.

- Widzisz? One są już stracone dla światła, przez ciebie! Wszystko przez ciebie! Dla nich nadchodzi czas wiecznej ciemności, wiecznego mroku! To ty je tam strąciłeś! Każda akcja powoduje reakcję! Myślałeś tylko o sobie, teraz twoja rodzina będzie cierpieć. Cała twoja rodzina!
- Moja żona? Gdzie ona jest? Gdzie ją wysłaliście?
- Nigdzie.
- Jak to nigdzie? – cóż to było w jego głosie? Zdziwienie? Niepokój?
- Nie cierpiała.
- Co?
- Odeszła pogodzona z losem, jak człowiek, z uśmiechem.
- Jak to?! Nie wierzę! To jakaś gra! Zły glina i dobry glina?
- Nie ma gier, nie ma tu żadnych gier… – sierżant kręcił głową z wyraźną melancholią na twarzy. – Jest tylko ciemność i kara za zbrodnie. Patrz, do czego doprowadziłeś.


^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
Kiedyś, ale wcześniej
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^


Pokój do przesłuchań. Dokładnie taki sam jak wcześniej (albo później). Sierżant na swoim miejscu, a na drugim kobieta-uciekinierka.

- Doigraliście się z tym swoim mężem.
- Ale czemu, koleś? – zapytała, a w jej oczach swoisty mały rozumek łączył się z wielkim urokiem.
- Jak to czemu? To ty nie wiesz?
- No, nie bardzo czaję. Powiesz mi?
- Chcieliście uciec – odpowiedział.
- A! No tak! Planowaliśmy już od dawna ten wyjazd. U nas taka nuda, a tam wielki świat. Kumasz?
- No tak… wielki świat. Tak… a u nas to niby to źle?
- Źle nie jest, ale tam może lepiej. Trzeba spróbować innego życia. Tak stwierdziliśmy i postanowiliśmy wyjechać.
- To nie był wyjazd! To była ucieczka! – krzyknął zdziwiony sierżant, bo nie wiedział czy kobieta sobie z niego żartowała czy naprawdę tak myślała.
- Ucieczka? Grubo. Nie, to był wyjazd.
- Zdajesz sobie sprawę, że twój mąż jest zdrajcą i zbrodniarzem?
- On? Seriówa? No nie, on normalny, spoko kolo jest.
- Po co ci to było? Miałaś tu całkiem wygodne życie, bogatych rodziców, występowałaś w obozowych teatrzykach, byłaś rozpoznawalna, popularna wręcz, przez niektórych może szanowana. Pełniłaś ważną rolę społeczną jak każdy w naszej maszynie powszechnego szczęścia. Na co ci był ten cały romans z nim? To nielegalne buddyjskie małżeństwo? Nie wiesz, że buddyzm jest w naszym kraju zakazany?
- Nie kumam – sądząc po jej wzroku to chyba faktycznie nie kumała.
- Wierz, że twój mąż miał już żonę i dziecko?
- Jak ona umrze, to ja będę mamą.
- Aha. Jest mi bardzo smutno to powiedzieć, bardzo smutno.
- Wal prosto z mostu.
- Wyrok w twojej sprawie już zapadł. Śmierć moja droga, odpowiedzią na wszystko jest śmierć.

Zapadła cisza. Trwała dość długo.

- Serio?
- Tak.
- Na bank?
- Tak.
- Ale za co? – czy to były łzy w jej oczach?
- Za ucieczkę.

Znów cisza.

- No to spoko. Niech będzie. Jestem gotowa. Ty to zrobisz?
- Tak.
- Kiedy?
- Za chwilę.

Cisza po raz kolejny.

- Szybki termin, nie ma co. Wiesz gościu, ja niczego nie żałuję. Żyłam na maksa, jak się dało i było mi zajebiście.
- Cieszy mnie twoje podejście do tematu śmierci. To rzadkie. Twój mąż.. cóż… on będzie chyba płakał.
- To mazgaj. Ja jestem silna – tak, siłę w jej oczach można było zobaczyć. Może nie była zbyt rozgarnięta, ale tchórzem też nie była. Będzie umierać z klasą.
- Zawiązać ci oczy? – zapytał sierżant.
- Worek na głowę i do dzieła? Nie, strzelaj normalnie.
- Strzelaj? Nie będzie strzałów.

Sierżant wyciągnął sztylet.

- Wstań.

Kobieta wstała, sierżant też wstał. Podszedł do niej i spojrzał jej w oczy.

- Rób, co trzeba. Wiem, że kiedyś zrozumiesz.
- Co takiego? – spytał sierżant.
- Że trzeba żyć na maksa, a w tym kraju to niemożliwe. Zrozumiesz i będziesz taki jak my, dokładnie taki jak my… ale wiesz, co?
- Co takiego? – zapytał, trochę zaintrygowany.
- Tobie się uda, gościu. Ja wiem, że tobie się uda. Topisz innych we krwi, ale z tej krwi przyjdzie zbawienie. Jesteś jak upadły anioł, ale masz szansę by rozwinąć skrzydła i odlecieć stąd, jak najdalej. Jak najdalej, bo…

Nie dokończyła. Sztylet wbił się głęboko w jej brzuch. Spojrzała na niego… ni to głupio ni rozumnie. Ona już wiedziała. On nie wiedział. Upadła przed nim i zalała się krwią. Czy to jej suknia była czerwona? Czy to może krew?



- Nie byłeś gadatliwy?
- Nie.


^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
Kiedyś, ale później
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^


Pokój przesłuchań. Sierżant, uciekinier i dziesiątki zdjęć jego martwej żony.

- Nie! Nie wierzę! Spreparowaliście to!
- Wiedziałem, że to powiesz, ale tego spreparować nie mogliśmy.

Sierżant otworzył drzwi i do pokoju przesłuchać wniesiono nosze z martwym ciałem kobiety. Uciekinier uwierzył i wrzasnął. Wrzasku tego nie można było opisać.


^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
Kiedyś, ale trochę później
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^


Samotna cela. Uciekinier jest cały zarośnięty i wychudzony niczym szkielet. Leży na pryczy i nic nie mówi. Słychać trzask drzwi i w celu pojawia się sierżant.

- Wyrok w imieniu Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej. Skazuje się was na śmierć przez rozstrzelanie. Liczę do trzech.

Raz…
Więzień wstał, był w szoku.
Dwa…
Więzień padł, został zastrzelony.

- Jego spalić, a ją pochować.

Na sąsiedniej pryczy rozkładało się ciało kobiety.


^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
Kiedyś, ale nie tak znowu późno
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

- Sierżancie. Gratulujemy. Przedstawiono was do awansu, będziecie podporucznikiem.
- Dziękuję za zaufanie, panie pułkowniku.
- Kierujemy was na odcinek białoruski i polski. Pracowaliście już tam, prawda?
- Tak, jest!
- Podporuczniku Bidam?
- Tak?
- Jeszcze raz gratulujemy. Jesteście prawdziwym patriotą i podporą partii.


^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
Teraz
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^


Leśny parking w okolicy Bielska-Białej.

- Aha – powiedziała Cassandra Tisserant.
- Miła historia?
- Nadal pracujesz na odcinku polskim?
- Kto to wie… nie, uciekłem. W Korei ciąży na mnie wyrok śmierci. Widzisz, nie okazałem się prawdziwym patriotą i podporą partii.
- Może to i dobrze – uśmiechnęła się Cassandra.
- Pewnie, że dobrze. W Korei nie mogłem zjadać kurczaków. Chciałem ci uświadomić, że historia powtarza się cały czas. Takie Nasy i WAMPy istniały, istnieją i będą istnieć. Mutują się, przepoczwarzają i tyle. Rozprawiłem się z nimi już kiedyś, znam ten typ, więc rozprawię się znowu.
- Na ostatniej gali to jednak Jazzowski był górą.
- Był, ale przestanie. Rozgryzłem go tak jak kiedyś rozgryzłem jego duchowych kolegów. To bez znaczenia Cassandro, wszystko jest bez znaczenia. Przegrałem wczoraj, wygram dziś, może jutro znowu wygram, a pojutrze przegram. Nie będę rozpaczał, podejdę do tego normalnie.
- Walczysz z nie tylko z Jazzowski, ale też z Franko, twoim partnerem i przyjacielem.
- Franko… tak… to nieuniknione, że musimy ze sobą walczyć. Jesteśmy obaj świetni, więc na takim poziomie od czasu do czasu będziemy na siebie wpadać. To się już działo i tragedii z tego wielkiej nie będzie. Wygram albo przegram, to żaden wstyd przegrać z Rzeźnikiem, powie ci to każdy członek Rzeźników zza fal i każda członkini Franko Girls. My z Franko zawsze dajemy z siebie wszystko, walczymy na maksa, a każda okazja by się ze sobą zmierzyć to jeden wielki sprawdzian. Myślisz, że jakaś bzdurna walka potrafi nas rozdzielić? Wpierdolimy sobie, a po gali pójdziemy na kurczaki i będziemy się z tego śmiać. Tacy jesteśmy, choć Franko robi to bardziej małomównie i bez zbytecznych emocji. Ja natomiast jestem jedną wielką emocją, bo przez większą część życia musiałem te emocje tłumić. Byłem maszyną, ale jestem wreszcie człowiekiem. Poznałem i poczułem wolność, a dzięki Franko poznałem przyjaźń. Będziemy walczyć, a będzie to walka poważna. Jazzowski to chuj, chociaż żonę ma fajną, wiesz? Widziałem ją w hollywoodzkich filmach, fajne ma cycki, pokazała wszystkim.
- No wiesz… – Cassandra nie wiedziała co odpowiedzieć.
- Ty też jesteś spoko – Nachalnie spojrzał w dekolt Haitanki o polskich korzeniach. – No, ale ja mam żonę. W każdym razie. Franko niechuj, a Vaclav chuj, o przepraszam, pomyliło mi się z rozpędu, Jazzowski chuj. Będą razem w drużynie, chociaż Rzeźnik chce obciąć tej pokrace głowę tasakiem. Ciekawie się to zapowiada. Ja obiecuję, że wpierdolę Jazzowskiemu najlepiej jak potrafię. Franko też dostanie wpierdol, ale to będzie taki przyjacielski wpierdol. Rozumiesz? Kto się czubi, ten się lubi i te sprawy. Walka o FTW Title, ja ten pas mogę nawet stracić, ale tylko jeśli wygra go Franko. Wstydu nie będzie, bo przegrać z nim to żaden przyjaciel. Słyszałaś, że dobry przyjaciel jest darem nieba?
- Nie…
- Ktoś tak powiedział. W Mandżurii na przykład, to niedaleko Mongolii, wiesz, tam gdzie Crazy ma swoje latyfundia, mówią, że jeżeli mój przyjaciel śmieje się, cieszę się, jeśli mój przyjaciel płacze, smucę się.
- Ładnie powiedziane.
- O Franko złego słowa powiedzieć nie mogę, bo krytykować przyjaciela należy w cztery oczy, a chwalić trzeba przy świadkach.
- To też nieźle powiedziane – pochwaliła go Cassandra.
- To da Vinci powiedział, ja tylko kradnę, ale daję credit. Znając polską prasę i głupotę dziennikarzy to i tak przypiszą te słowa mnie, mongolskiemu celebrycie.
- Ja na pewno nie.
- Bo ty jesteś ładna i inteligenta. Ten Saint-Exupery powiedział na przykład, że nawet w obliczu śmierci przyjemna jest świadomość posiadania przyjaciela. To pasuje to powiedzenia świętego Ambrożego, że przyjaźń, która trwa tylko do śmierci nie jest godna, by nazywać ją przyjaźnią. Tak mnie zebrało na cytaty, to skończę Czechowem, który raz przy wódce mawiał, że przyjaźń zostaje nam zesłana po to, żebyśmy mogli się wypowiedzieć i pozbyć tajemnic, które nas gnębią.
- Dobrze powiedział – odparła Cassandra.
- No jasne, że dobrze! To wielki pisarz był. Zrozum Cassandro, zrozumcie wy wszyscy, że ja się z Franko nie boję walczyć. Ja się nawet cieszę, że nas to spotka. Nie mam tu wiele do powiedzenia, bo każdy zna moją opinię. Franko jest świetny, jest opoką EWF i będzie kiedyś World Champem. Zasługuje na ten pas jak mało kto. Teraz jednak przyjdzie nam walczyć ze sobą. Cóż, ja to przeżyję, z chęcią sprawdzę się. Walka z Franko to zawsze dobry sprawdzian. Ostatnia przerwa sprawiła, że trochę się rozleniwiłem. Wydawałem pieniądze, nic nie robiłem, a teraz jak przychodzi do walki to dostaję w dupę z Jazzowskim. Zdarza się, ale powtórzyć się nie może. Słyszysz Jazzowski? Nie ważne jak bardzo fajną żonę masz, to i tak skończysz z kulą w głowię. Gwarantuję ci to. Co do Franko, to nie mam wiele do dodania. Będzie, co ma być. On będzie dążył do zemsty, a ja do zwycięstwa.
- Twoim partnerem będzie Szakal. Wielki zawodnik, legenda polskiego wrestlingu, ale niektórzy twierdzą, że już trochę zmurszała.
- Przesada. Szakal to postać pomnikowa, ale wciąż jest zajebisty. Walczyłem z nim wielokrotnie i sam wiem to najlepiej, bo mi wklepał kilka razy. Jeśli Szakal jest słaby, to ja też jestem. Jeśli ja jestem słaby, to całe EWF jest chujowe. Wchodzimy podobno w erę postmodernizmu, którego mistrzem jest Jazzowski i jego murzyńska banda. Otóż ja też znam się trochę na postmodernizmie i nie zawaham się przed niczym. Szakal to świetny materiał na partnera, a nawet jeśli przydarzy mu się słabszy dzień – tu Bidam zawiesił głos.
- Jeśli przydarzy mu się słabszy dzień? – dokończyła Cassandra.
- To czuję, że jestem w takiej formie, że dam radę i z Jazzowskim i z Franko. Nie bój się Szakal, masz mnie za partnera, ty łysy skurwysynie, więc nie ma obaw. Wygramy, a ty wcale nie jesteś postacią komediową. Jesteś mistrzem nad mistrzami, instytucją i legendą. Szakal zjada na śniadanie wszystkich tych trepów w stylu Jazzowskiego i Vaclava. Im brak charyzmy, a Szakal ma wszystko. Trochę się zestarzał, ale wciąż tu jest. Trzeba być sprawiedliwym. To doskonały partner, da sobie rade, ja dam sobie radę. Razem wygramy i pokonamy naszych wrogów.
- Czyli Franko jest bardziej wrogiem niż przyjacielem?
- Na tej gali trochę tak będzie. Ale wiesz, co Jan Kochanowski mówił?
- Znowu jakiś cytat? – zapytała Cassandra.

Bidam uśmiechnął się i wyrecytował:

Co bez przyjaciół za żywot? Więzienie,
W którym niesmaczne żadne dobre mienie.
(…)
Uchowaj Boże takiego żywota,
Daj raczej miłość, a chociaż mniej złota!


Zapadła cisza, którą przerwało piernięcie pana Henia.

- Co z letnim turniejem tag-teamów? – zapytała Cassandra.
- A co ma być? Na najbliższej gali bierzemy się z Franko za łby i spuszczamy sobie wpierdol, ale galę później to my kopiemy dupska innych. Jesteśmy mistrzami i mistrzami pozostaniemy.
- To chyba wszystko. Wiesz, z tej twojej koreańskiej historii można nakręcić krótki film.
- Nie, bo takiego żółtasa jak mnie może tylko zagrać ta żółta z „Rodziny zastępczej”. Innych znanych żółtych nie znam, oprócz mnie oczywiście, a ja aktorem nie jestem.
- No nie wiem…
- Będzie dobrze. Będzie zwycięstwo. Prawda Szakal? Będzie porażka. Prawda Nas? Prawda Franko? Sorry, ale teraz to ja wygrywam. Taki mamy klimat.





^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
Koniec
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
Ostatnio zmieniony przez Robespierre 2015-08-01, 16:47, w całości zmieniany 2 razy  
 
     
Robespierre 
Lower Midcarder
imperator



Wrestler: Han Hye Jin
E-fed: Tony Hogański
Dołączył: 24 Mar 2006
Posty: 424
Podziękował: 0
Podziękowano mu 0 razy w 0 Postach
Skąd: Piotrogród
Wysłany: 2015-08-01, 16:46   

Cuda, ludzie eRPy zaczęli publikować. Kto będzie następny?
_________________

 
 
     
Grishan 
Lower Midcarder



E-fed: Franko The Butcher
Dołączył: 17 Sie 2010
Posty: 383
Podziękował: 0
Podziękowano mu 0 razy w 0 Postach
Wysłany: 2015-08-01, 18:41   

W temacie Twojej twórczości nigdy nie byłem obiektywny - po prostu pasują mi te klimaty i już. Można powiedzieć, że nawet nie umieszczam Cię na swojej prywatnej Top Liście - masz swoją własną, w zakładce "entertainment" i "Bidam". Czyli nie jestem jakoś szczególnie obiektywny, ale i tak to napiszę: to jest zajebisty erp :P Żeby tylko Pan Senator nie zawiódł - szkoda by było. Szykuje się nam świetna walka...
 
     
SR 
Jobber



E-fed: SR-Crazy
Dołączył: 19 Wrz 2009
Posty: 118
Podziękował: 0
Podziękowano mu 0 razy w 0 Postach
Skąd: Wyspa
Wysłany: 2015-08-02, 10:11   

Ho ho ho dobry RP. Jak ja bym tak świetne RPy pisał to bym uciekł z domu. Pozamiatane...
_________________

 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Google
 
Copyright © 2001-2010 Attitude      Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group