Zapowiedzi SmackDown, Mixed Match Challenge i... (zobacz)
W jakim stanie naprawdę jest Jordan? Kulisy z... (zobacz)
Kolejna kontuzja Finna Balora? Nowy turniej d... (zobacz)

AttitudePL na Facebook AttitudePL na YouTube AttitudePL na Twitter Nasz kanał RSS

Poprzedni temat «» Następny temat
Czarna Maska i Skalp Króla Puszczy
Autor Wiadomość
Grishan 
Lower Midcarder



E-fed: Franko The Butcher
Dołączył: 17 Sie 2010
Posty: 383
Podziękował: 0
Podziękowano mu 0 razy w 0 Postach
Wysłany: 2013-11-24, 13:03   Czarna Maska i Skalp Króla Puszczy

Naszym oczom ukazuje się wnętrze jakiegoś baru. Panuje tu półmrok. Pora musi być późna, bo trwają prace nad zamknięciem lokalu – młoda dziewczyna myje podłogę, a jej towarzysz układa krzesła na stolikach. Jakiś starszy mężczyzna siedzi jeszcze przy barze, delektując się zawartością niewielkiej szklaneczki whisky. Najprawdopodobniej jest stałym klientem, bo pozostali zupełnie nie krępują się jego obecnością.

- Możesz dokończyć, Jacek? – Pyta dziewczyna z pewną dozą nieśmiałości. – Wiesz, że jutro muszę wstać rano...

- W porządku – bohatersko zgadza się mężczyzna nazwany Jackiem – możesz iść, Kasiu.

- Dzięki. (Cmoknięcie w policzek.) Jakoś Ci się odwdzięczę.

Deklaracja zostaje pozostawiona bez komentarza. Kasia przejeżdża palcami po swoich zadbanych dredach i udaje się na zaplecze. Jej współpracownik kończy wykładać krzesła na stoliki i chwyta za pozostawionego przez nią mopa.

Jakiś hałas. Ktoś dobija się do drzwi.

- Już nieczynne! – Krzyczy Jacek. – Zamykamy!

Hałas nie ustaje. Mężczyzna z mopem wzdycha ciężko i udaje się w stronę wejścia.

- ZAMYKAMY! Przykro mi, ale jest już za późno!

Za przeszklonymi drzwiami majaczy potężna, zamaskowana sylwetka.

- Franko The Butcher?! Znowu?! Słuchaj kolego, ten numer był zabawny kiedy ktoś spróbował go po raz pierwszy, jeszcze zanim odbyło się House Show! Ale od tego czasu mieliśmy tutaj chyba z dziesięciu zamaskowanych – koniec z darmowymi drinkami, rozumiesz?!

- Mam pieniądze – dobiegający zza drzwi spokojny, chrapliwy głos sprawia, że pracownik baru staje jak wryty – i chcę się napić wódki.

- Pan pójdzie do nocnego – odpowiada Jacek nieświadomie wkładając w tą wypowiedź nieco więcej szacunku – my już naprawdę musimy kończyć. Nawiasem mówiąc, świetny wokal pan sobie wyrobił: normalnie Rzeźnik jak żywy!

- Może to dlatego, że naprawdę nim jestem. Odchodzimy jednak od istoty problemu: nie chce mi się całować klamki dłużej, niż to konieczne. Mam kasę i ochotę na wódkę, i nie wzdragam się przed dawaniem napiwków. Nie chce mi się szukać innej knajpy, chociaż zrobię to, jeśli będę musiał. Wybór należy do ciebie.

- Ten głos... człowieku, naprawdę jesteś dobry. Niech będzie moja strata – otwieram. O w mordę... te oczy! Bez jaj! Nie może być! Ty naprawdę jesteś Franko The Butcher!

- Przecież mówię – Franko nieśpiesznym krokiem udaje się w stronę baru, ściągając przy tym kurtkę pod którą miał tylko ukazującą jego owłosione przedramiona podkoszulkę – chyba da się odróżnić oryginał od naśladowców?

- Jasne, że tak – Jacek ma trudności z dojściem do siebie – po prostu nigdy nie sądziłem, że naprawdę się spotkamy! W sumie jestem tak jakby Pana fanem! Cała moja rodzina jest!

- To będziesz miał o czym opowiadać – mówi zamaskowany uśmiechając się po swojemu – a skoro mam tutaj pić o tak nieludzkiej porze, to nie „panuj” mi jeśli łaska. Jestem Franko.

- Jacek. To... czego się napijesz, Franko?

- Tak jak mówiłem, wódki. Dobry wieczór.

Ostatnie słowa skierowane zostały do starszego mężczyzny przy barze. Ten spogląda na naszego bohatera i uśmiecha się lekko, poprawiając okulary. Spoza szkieł błyskają bystre, znające życie oczy. A właściwie to jedno oko – drugie jest, jak się wydaje, szklane. Kiedy mężczyzna przemawia, język trochę mu się plącze, ale wypowiedź jest mimo wszystko zrozumiała. Jej ton jest dosyć... niezobowiązujący.

- Witam niespodziewanego gościa, który zawitał w nasze progi. Jak godność szanownego pana? Bo obawiam się, że nie dosłyszałem...

- Franko.

- Ach... Franko. Boję się, ze z uwagi na mój stan dzisiejszy mogę nie zapamiętać. Czy szanowny kolega obrazi się, jeżeli będę nazywał go Ezawem?

- Imię jak imię. Ale dlaczego właśnie Ezaw?

- Jakoś od razu mi się z tobą skojarzyło, przyjacielu. Przybyłeś tutaj by skosztować oferowanych przez ten przybytek spirytualiów?

- Na to wygląda. Niedługo wyjeżdżam na Kostarykę i cholera wie, czy będę tam miał okazję porządnej wódki się napić. A chodzi za mną ta wódka. Dzisiejsze House Show jest ostatnie w tym tygodniu, więc mogę spokojnie zapić i odespać. Później będzie Kostaryka, a tam masa miejsc do odwiedzenia i rzeczy do zrobienia.

- Kolega jest zawsze taki metodyczny? Ustala, kiedy może sobie pofolgować i właśnie wtedy to czyni?

- Tak.

- To tak jak ja. Odwiedzam bar dokładnie raz w miesiącu i właśnie wtedy daję upust swym alkoholowym słabościom. Małżonka moja walczyła z tym nawykiem przez lat z okładem piętnaście, ale w końcu musiała uznać się za pokonaną. Czasami trzeba, drogi kolego – czasami trzeba! I o ileż lepszy byłby ten świat, gdyby kobiety rozumiały tę prostą zasadę!

- Finlandia może być? – Wtrąca się Jacek. – Mamy też inne...

- Może być. Chociaż... czekaj. Daj coś polskiego, jakąś Żołądkową, albo coś. Wypiję w intencji jednego z moich przyszłych przeciwników.

- O Jezu, Franko The Butcher! – Przebrana i gotowa do wyjścia Katarzyna nie kryje podniecenia. - Mogę prosić o autograf?! A może... kurczę, mogę sobie zrobić z Panem zdjęcie?!

- Jasne - odpowiada Rzeźnik tonem, w którym tylko wytrawny słuchacz wyłowi odrobinę zmęczenia – gdzie mam stanąć?

- Niech się Pan nie fatyguje z tym wstawaniem! Zrobimy je tutaj, przy barze! Jakbym jeszcze mogła usiąść Panu na kolanach, to koleżanki pozieleniałyby z zazdrości!

Na razie to stojący za barem Jacek lekko poczerwieniał na te słowa, podczas gdy Butcher lustruje jego koleżankę typowym dla siebie, spokojnym i uważnym spojrzeniem.

- W porządku, ale pod jednym warunkiem. Mówimy sobie po imieniu.

- Oczywiście, nie ma problemu! Parę moich znajomych to Franko Girls, one zwyczajnie padną, jak o tym usłyszą! Kasia jestem...

- Franko.

Dziewczyna zrzuca z siebie kurtkę, wyciąga z torebki kosmetyczkę i przegląda się w pochodzącym z niej lusterku. Po dokonaniu tych szybkich oględzin siada Rzeźnikowi na kolanach i chichocząc obejmuje go za szyję. Jacek bierze należącą do niej komórkę i robi kilka zdjęć. Jest przy tym sporo śmiechu – głównie ze strony dziewczyny.

- Jakbyś mógł zrobić sobie jeszcze zdjęcie z nami razem, to byłaby to świetna reklama dla lokalu. Pan Piotr robiłby za fotografa...

- O nie, mój drogi chłopcze – oponuje gustujący w whisky dżentelmen – mój obecny stan nie pozwala na powierzanie mi tak odpowiedzialnego zadania. Ponadto nie przepadam za tymi akurat osiągnięciami naszej cywilizacji – wskazuje na telefon - i obawiam się, że z wzajemnością. Można powiedzieć, że jesteśmy niekompatybilni.

Pracownicy baru próbują uprosić pana Piotra, ale mężczyzna jest niewzruszony. W końcu zadowalają się paroma zdjęciami siedzącego przy barze Rzeźnika. Jeszcze tylko Jacek uwiecznił swoje spotkanie z naszym bohaterem („inaczej nikt mi nie uwierzy”) i Franko ma chwilę spokoju. Wykorzystuje ją do opróżnienia stojącego przed nim kieliszka.

- Tak bez toastu? – Zainteresował się pan Piotr.

- Bez.

Krótko i na temat, co jest typowe dla naszego bohatera. Jacek ponownie napełnia kieliszek zamaskowanego.

Przez jakiś czas Butcher po prostu pije w milczeniu, pan Piotr dzielnie mu sekunduje, a Jacek polewa. Kasia chyba zapomniała o wczesnym wstawaniu i nie wygląda na osobę, która gdziekolwiek by się wybierała.

- Kolega widzę małomówny – zagaja pan Piotr – a niezdrowo tak pić całkiem bez słowa. Ma to fatalny wpływ na wątrobę. Ponadto powinniśmy zabawić obecną tutaj damę przynajmniej jakąś anegdotką czy inną dykteryjką. Ja z racji wieku nie jestem już tak zajmujący jak kiedyś, ale kolega to zupełnie co innego... Przyznaję, że w materii wrestlingowej żaden ze mnie znawca, ale o EWF coś tam słyszałem, jak każdy. Ostatnią galę mieliście na Kubie?

- Tak.

- Widzę pierwsze trudności rysujące się przed dalszymi perspektywami naszej pogawędki. Miej litość dla swoich wielbicieli, Ezawie i powiedz: jakie są twoje wrażenia z pobytu na tej wyspie? Rum mają tam tak dobry jak słyszałem? Dziewczyny piękne? Cygara długie?

- W rumie niezbyt gustuję – mówi Franko opróżniając kolejny kieliszek – ale wypiłem, z ciekawości. Może być. Dostaliśmy też po pudełku cygar, ale ja nie palę. Pewnie Hela skorzysta. A dziewuszki, nie powiem, urokliwe są.

Pozwólmy sobie na małą dygresję: umówmy się, że Franko pije przez dalszą część rozmowy. Nie ma sensu opisywać tutaj każdego wychylonego przez niego kieliszka, bo byłoby to raczej nudne. Po prostu pamiętajmy, że nasz bohater przybył tutaj w określonym celu i, jak to ma w zwyczaju, nie zmienia raz obranego kursu.

A teraz wróćmy do rozmowy:

- Przepraszam za wścibstwo, ale ta rzecz mnie nurtuje: czy ta maska koledze przypadkiem nie przeszkadza?

- Można się przyzwyczaić.

- Ja to rozumiem, ale tak w publicznych miejscach? W barze? W kinie? W kościele? Bibliotece?

- Szczególnie w takich miejscach. W miastach, w których odbywają się czy to House Shows, czy to „Wrestlepaloozy”, właściwie nie ma dla mnie prywatności. Jak nie fani, to reporterzy. Głupio byłoby, gdyby mnie któryś bez maski przyłapał. A nachodzą mnie w coraz dziwniejszych miejscach, już kibla nie można spokojnie odwiedzić...

- Aż tak są nachalni?

- Aż tak, a nawet bardziej. Stoję sobie przy pisuarze, już mam rozpinać rozporek, a tu wparowuje jakiś kretyn z profesjonalnym aparatem...

- I jak kolega pozbył się natręta?

- Wpierdoliłem mu. Oczywiście biłem tak, żeby nie było śladów, w końcu kolejny proces o pobicie jest mi niepotrzebny.

- Kolejny?

- Tak, sprawa jednego złodzieja damskich torebek wlecze się za mną jak smród po gaciach. Dobrze, że stać mnie na prawników, ale ciągnie się to niemożebnie.

- Łączę się w bólu, Ezawie. Coś niecoś wiem na ten temat – tutaj pan Piotr bezwiednie dotyka oczodołu, w którym tkwi jego szklane oko – i mógłbym o tym opowiedzieć. To nie jest długa historia. Było ich trzech, prawdziwy kwiat młodzieży, w ciemnym i opuszczonym zaułku. Nikt nie przyszedł mi z pomocą, kiedy się ze mną zabawiali łamiąc dwa żebra i dosłownie wykopując mi organ wzroku z czaszki. Nikt nie słyszał mojego wołania o pomoc i nikt nie pomógł mi w dostaniu się do szpitala. I wiesz co? Imaginuj sobie że stanęło na tym, że działali w samoobronie. Czterech świadków zeznało, że zaatakowałem tych nikomu nie wadzących młodzieńców, a oni po prostu się bronili. Czterech godnych zaufania obywateli opisywało ze szczegółami moją bezprzykładną zajadłość. Dobrze, że skończyło się to w miarę polubownie, bo kto wie, czy nie spędzałbym teraz czasu w miejscu, w którym nie uświadczyłbym tak zacnego trunku...

To mówiąc pan Piotr wychyla szklaneczkę i prosi o dolewkę. Jacek natychmiast spełnia jego prośbę, podczas gdy pozostali przetrawiają zasłyszaną opowieść. Przez chwilę trwa krępująca cisza, którą przerywa ten, który ją wywołał:

- To już jednak przeszłość i powiedzieć muszę, że ocalałe oko służy mi całkiem dobrze. Wracając do weselszych rozważań: słyszałem, że z Kuby powróciłeś w chwale?

- Można tak powiedzieć. Odzyskaliśmy z Bidamem pasy tag teamów.

- I to w jakim stylu! – Emocjonuje się Kasia. – Odebrali je Bubbie i SR-Crazy’emu!

- O, toście starą gwardię pognębili! Zatem... gratulacje!

Franko tylko macha ręką i kontynuuje to, po co tutaj przyszedł. Pan Piotr jest jednak uparty:

- Nie, Ezawie, tak nie może być! Trzeba oddać sprawiedliwość zwycięzcom!

- Racja! – Wykrzykuje Kasia.

- Słusznie! – Dołącza do niej Jacek.

- Zasadniczo zgadzam się z wami wszystkimi, więc nie zrozumcie mnie źle – mówi w końcu nasz bohater wyjaśniającym tonem – po prostu swoje już świętowaliśmy i uważam tę kwestię za zamkniętą. Pokonaliśmy legendy i odzyskaliśmy nasze pasy. W dobrym, nie pozostawiającym wątpliwości stylu. Właśnie w takim. Bidam popracował trochę nad Bubbowskim przed walką, ale na tym poziomie rywalizacji takie pieszczoty naprawdę nie mają większego znaczenia. A jeżeli ktoś powie, że Jazzowski odwrócił uwagę Szaleńca to tylko roześmieję mu się w twarz. Jego celem może i był Crazy, ale to ja miałem zdefasonowaną gębę, nie nasz mistrz. Tak po prawdzie to ta jego interwencja bardziej zaszkodziła nam niż im. Mimo to pasy powróciły do rąk drużyny, która jest po prostu najlepsza w obecnym EWF. A my zadbamy o to, żeby w tych rękach pozostały.

- O, Jazzowskiego też kojarzę! Celebryta...

- Walczyć też mu się zdarza.

- Dobry jest?

- Przed porwaniem był jednym z najlepszych.

- A teraz?

- Zobaczymy.

- Masz do niego żal o tą... gębę?

- E, tam. Ryj nie szklanka, nie rozbije się. To on wyszedł na pierdołę, która nawet nie potrafi uderzyć krzesłem kogo trzeba. Niemniej mam mu kilka rzeczy do przekazania, w ringu. No i w związku z tym żywię nadzieję, że jego duch bojowy i umiejętności nie zmalały po serii więziennych przygód z porywaczami. Szkoda by było.

- Walczysz z nim w tej Kostaryce?

- Nie. Ta konfrontacja będzie jeszcze musiała poczekać.

- Ale z kimś jednak walczysz?

- Jasne. Bronię pasów przed takimi dwoma młodymi gniewnymi, nie wiem czy ich kojarzycie: Żubr i Chickasaw.

Kasia przykłada do czoła dłonie z wystawionymi palcami wskazującymi i tworzy w ten sposób prowizoryczne rogi. Próbuje też zaryczeć, ale szybko wybucha śmiechem. Wszystko wskazuje na to, że drink którego od pewnego czasu popija, należy do mocnych. Jacek szybko podłapuje klimat:

- Woooooooo!!!

Pan Piotr patrzy na to z lekkim politowaniem, ale nie komentuje zachowania młodych. Osobą, która to czyni, jest Butcher.

- Dajcie już z tym spokój. Ci chłopcy są w porządku.

Te słowa sprawiają, że Kasia ponownie wybucha śmiechem, jednak Franko kontynuuje, zupełnie tym nie zrażony:

- To jest nowa generacja zawodników EWF. Chłopaki jak złoto. Sól tej ziemi. Zastrzyk świeżej krwi, potrzebnej nam jak powietrze do oddychania. Nie róbcie sobie z nich jaj, bo na to nie zasłużyli. Niby co według was czyni ich śmiesznymi? Że są młodzi? Każdy jest kiedyś młody, wy też tacy jesteście. Że niczego nie wygrali? Jak dotąd nie mieli okazji. Że babrają się gdzieś w low cardzie? A gdzie ja byłem jeszcze parę miesięcy temu? I tak dokonali już więcej, niż niejeden zapowiadający się szumnie debiutant. Przetrwali pierwsze miesiące w Extreme Wrestling Federation. Wygrali parę walk. No i dostali szansę spróbowania się ze mną w ringu, co też jest nie lada nobilitacją.

Powaga w głosie zamaskowanego gasi wesołość pracowników baru. Nasz bohater milczy przez chwilę, po czym uśmiecha się. Krzywo.

- Ja im nawet dobrze życzę, naprawdę. Bez młodych nie będzie EWF, a bez EWF nie będzie Rzeźnika. To jest bardzo prosta zależność, której nigdy nie ukrywałem i ukrywał nie będę. Mają więc coś na kształt mojej sympatii, co oczywiście nie znaczy, że im się podłożę. Na to nie mogą liczyć, niestety. Czeka ich kawał sążnistego oklepu, firmowanego przez moją nie tak znowu skromną osobę. Zapewniam masę atrakcji, jak zawsze. Nadzieja na cud i jej powolna utrata, szukanie w sobie kolejnych pokładów sił i dotarcie do rezerw, których istnienia nawet się nie podejrzewało, mordercze tempo rosnące z minuty na minutę i świadomość, że jest coraz gorzej. Że wypruwasz z siebie żyły, podczas gdy dla Butchera to dopiero rozgrzewka. Że walisz w niego z całych sił, ale czujesz się jakbyś uderzał w kamienną ścianę. Że spotykasz się z matą coraz częściej i częściej, i za każdym razem wydaje się ona twardsza, a ty masz coraz mniejszą ochotę na to, żeby wstać. Bo to i tak nie ma sensu, a ciebie ogarnia coraz większe poczucie nieuchronnej klęski. Moi przeciwnicy dotarli do punktu, w którym głupio byłoby nie dać im walki o pasy. No i dobrze, przecież zasłużyli. Problem polega na tym, że to JA trzymam te cudeńka. Właśnie tutaj zaczynają się schody na drodze ich obiecujących karier. Zresztą, dlaczego ja pierdolę o schodach? Lepszym porównaniem będzie tutaj zajebiście wysoka, pionowa ściana, której nie sposób sforsować. Stoi. Zawadza. Nie da się na nią wspiąć, nie da się też jej obejść. Nie można jej rozbić. A co można? Sęk w tym, że nic. Wielkie, parszywe, przygnębiające NIC. Ale tak to jest, kiedy wyruszasz gdzieś niosąc w plecaku pelerynę na wypadek deszczu, a napotykasz na swojej drodze tajfun, czy inne tornado. Nic nie możesz zrobić, poza ukryciem się lub ucieczką. Bo jesteś tylko człowiekiem który właśnie spotkał na swojej drodze coś, na co zwyczajnie nie ma wpływu. Siłę, której nie da się powstrzymać. Wyzwanie, które go przerosło.

- Boże, jak on ich będzie katował... – szepcze Kasia w najwyższym uniesieniu, wbijając przy tym w naszego bohatera pełne uwielbienia spojrzenie i załamując ręce na myśl o nieszczęśnikach, którym przyjdzie stawić czoła Rzeźnikowi. A potrójny mistrz chyba się trochę rozgadał:

- Sztorm, wichura, kataklizm: jak to zwał, tak to zwał. Grunt, że Chickasaw i Żubr znajdą się w samym centrum tego żywiołu, i to oni będą latali na różne strony spotykając się z matą w najróżniejszych, najdzikszych możliwych konfiguracjach i odmieniając słowa takie jak „ból”, „obrażenia” i pewnie też „upokorzenie” na nieznane im wcześniej sposoby. Wiem, że zniosą wiele, bo to charakterne chłopaki, ale w ostatecznym rozrachunku niczego to nie zmienia. Lekcja zostanie zakończona i przyswojona, a ja zabiorę swoje pasy do domu. Bo to moje błyskotki, mój skarb, kurna, i nikt mi ich nie odbierze. Nikt. Mogę bić i śrubować rekordy w ich utrzymywaniu w cholerną nieskończoność i nie widzę w tej chwili nikogo, kto byłby w stanie mi w tym przeszkodzić. Na pewno nie zrobi tego koleś, który walkę w EWF traktuje jako szansę na odzyskanie rodzinnego majątku, ani facet, który nabija swój streak paląc tęcze i zmagając się z drzewkami. Nawiasem mówiąc zastanawia mnie, czy to było No Contest, czy jednak No DQ ze względu na pasywność przeciwnika, do dzisiaj nie mogę tego rozgryźć. Ale mniejsza z tym. Nie o to idzie. Nie ma potrzeby szydzić ponad miarę, to nawyk, którego człowiek nabiera w tej federacji. Zadajmy jedno proste, zajebiście logiczne i trafiające w sedno problemu pytanie. Brzmi ono: czy ci dwaj mają jakąkolwiek szansę na pokonanie mnie? Odpowiedź nasuwa się sama, natychmiast i bez zastanowienia: nie mają takiej szansy. Jeszcze nie dzisiaj, i nie jutro, i nie za miesiąc. Kiedyś. W bliżej nieokreślonej przyszłości. A ja będę pierwszym gotowym do przyznania im tego. Jesteście dobrzy, więc muszę uważać. Pokonam was, chociaż nie będzie łatwo. Tak, kiedyś może usłyszą ode mnie te słowa. Ale nie teraz. Tym, co usłyszą teraz jest smutna dla nich prawda, która sprowadza się do prostego, nieuchronnego jak ich porażka stwierdzenia. Rozklepię was, chłopaki. Rozklepię, jak amen w pacierzu. Po walce przyznacie mi rację, nie musicie robić tego od razu. Nie chcę, żebyście zbyt wcześnie stracili zapał. Bo dobry sparring to jednak przydatne ćwiczenie, a żeby nasz był takowym, musicie mieć chociaż złudzenie szansy na zwycięstwo. Pozwólcie sobie więc na odrobinę złudzeń, nakarmcie się nadzieją przyprawioną wiarą we własne siły i spróbujcie dorwać chociaż kawałek Rzeźnika. To wszystko, co możecie zrobić. Spróbować. Bo ugryźć mnie nie zdołacie, na to nie macie jeszcze wystarczająco rozwiniętego uzębienia. Te kiełki, których się jak dotąd dorobiliście, nie robią na mnie wrażenia. Pozostaje wam tylko duma z tego, ze przetrwaliście ze mną ileś tam minut w ringu. To tyle, jeżeli chodzi o wasze szanse na czerpanie zadowolenia z naszej walki. Nie ma innych. Po prostu.

- Są w głębokiej dupie – wtrąca się pan Piotr – i to jest coś, za co możemy wypić.

- Taa... życzmy im powodzenia – mówi spokojnie Rzeźnik – bo naprawdę będzie im ono potrzebne. Jak się tak zastanowić, to ciągle jesteśmy z Bidamem uważani za młodą krew w EWF. Wypijmy więc za krew jeszcze młodszą.

Toast zostaje spełniony.

- Niech im tam idzie na zdrowie – Franko wygląda tutaj, jakby popadł w coś na kształt zamyślenia i mówił głównie do siebie – to nie ich wina, że nic ich nie przygotowało do starcia z kimś takim jak ja. Chickasaw niby walczył z Vaclavem, ale trwało to żenująco krótko i jedynym co z tego wyniósł była radość, że ciągle nosi głowę na karku. Bo tak na moje oko, dekapitacja była całkiem blisko. Żubr bił się chyba w tag teamie z Szakalem i Vackiem, ale głównie obrywał po ryju. Wygrał nawet ze Znajdą, tyle że szczęście dopisywało mu tam wtedy we wręcz nieprzyzwoity sposób. Chociaż nie odmawiam temu sukcesowi wartości, chłopak dostrzegł szansę i ją wykorzystał. Dobrze dla niego. Ale czy eliminacja odpadów, zwycięstwa nad przeciwnikami którzy naprawdę niewiele sobą reprezentowali, plus żenująco łatwe przegrane z tymi którzy chociaż trochę odstawali od poziomu dna... czy to wszystko daje im jakiekolwiek pojęcie o tym, co znaczy spotkanie ze mną? Z rywalem, który praktycznie od początku kariery rozpędza się coraz bardziej? Który po prostu nie zawodzi? Nie ma gorszych dni? Nie zlekceważy ich, ani się nad nimi nie ulituje? Który wpierdoliłby im nawet w handicapie? Czy oni wiedzą, co znaczy pójść ze mną w ringu na całość? W walce o MOJE pasy?

Zawartość kieliszka po raz ostatni ląduje w gardle zamaskowanego.

- Nie. Nie wiedzą, z czym przyjdzie im się mierzyć. Nie mają bladego pojęcia.

Nasz bohater spogląda na zegarek.

- Chyba wystarczy mi na dzisiaj. Dzięki za zrozumienie moich potrzeb i rozmowę. Zbieram się.

Po wypowiedzeniu tych słów Franko wyciąga z kieszeni zwitek banknotów i rzuca je na blat baru, wstając. Wypity alkohol nie jest po nim jakoś szczególnie widoczny.

- Reszty nie trzeba.

Sądząc po wyrazie twarzy Jacka, całkiem spora ta „reszta”. Kasia też wstaje.

- Kurczę, ale się zasiedziałam! Mieszkasz w hotelu, co nie? Ja mieszkam niedaleko, więc mamy po drodze...

Sieci zostały zarzucone. „Zdobycz” rzuca jedno z typowych dla siebie, beznamiętnych spojrzeń i bez wahania wpływa w zastawioną pułapkę.

- Skoro jest po drodze... towarzystwo mi nie przeszkadza.

Po tym następuje już tylko pożegnanie i Kasieńka opuszcza bar w towarzystwie Rzeźnika. Pozostała dwójka spogląda na siebie w milczeniu.

- Wiesz, Jacku – mówi pan Piotr – za moich czasów zwalisty, włochaty typ w zasłaniającej twarz masce nie był uważany za rękojmię bezpieczeństwa i odpowiednie towarzystwo dla damy.

Adresat tych słów tylko się uśmiecha, nie bez pewnej melancholii zresztą. Później przelicza otrzymane przez Butchera pieniądze i rozdziela je. Spogląda na butelkę whisky, w której nie zostało juz zbyt wiele trunku.

- Napije się pan jeszcze, panie Piotrze? Ja stawiam.

- Darowanemu koniu w zęby się nie patrzy. A może „koniowi”? Chyba jednak to drugie. Nie czepiajmy się jednak nieistotnych szczegółów. Umysł mój nie jest już tak lotny, jak zwykle. Polewaj, drogi chłopcze. Są chwile, kiedy ten trunek jest jedynym pocieszeniem i czuję, że to jedna z nich. Marna ta pociecha, ale zawsze jakaś...

Po tych słowach obaj mężczyźni spoglądają na siebie ze zrozumieniem, stukają się szklaneczkami i wychylają je do dna.

Obraz znika.





Nie znamy tożsamości człowieka, który nakręcił powyższy materiał, jednak jego wyczucie czasu i miejsca jest co najmniej podejrzane.

Tym, co zaszło (albo i nie) pomiędzy naszym bohaterem i jego wielbicielką, zajmować się nie będziemy. Powyższy materiał jest przeznaczony dla fanów wrestlingu, a nie erotomanów – gawędziarzy.
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Google
 
Copyright © 2001-2010 Attitude      Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group