Czy Renee Young powróci do Total Divas? Najle... (zobacz)
PIONIERZY WRESTLINGU #1 - STANISLAUS ZBYSZKO... (zobacz)
Gwiazdor RoH nie przejdzie do WWE, Duża walka... (zobacz)

AttitudePL na Facebook AttitudePL na YouTube AttitudePL na Twitter Nasz kanał RSS

Poprzedni temat «» Następny temat
Czarna Maska Klasycznie
Autor Wiadomość
Grishan 
Lower Midcarder



E-fed: Franko The Butcher
Dołączył: 17 Sie 2010
Posty: 383
Podziękował: 0
Podziękowano mu 0 razy w 0 Postach
Wysłany: 2015-09-13, 12:07   Czarna Maska Klasycznie

„Moja spluwa na cały ten tłum.”
Punisher




Kolejny House Show w kolejnym mieście: hala jest wypełniona po brzegi żądnym wrażeń, kolorowym tłumem fanów Extreme Wrestling Federation! Gala trwa już od dłuższego czasu i trzeba uczciwie powiedzieć, że jobberzy robili co mogli, by zasłużyć na członkostwo w głównym rosterze: wiele potu wsiąkło w matę tego wieczora, wiele popcornu zostało pożartego przez rozemocjonowanych (albo znudzonych) widzów, wypito litry różnorakich płynów i niejedno gardło zdarło się w trakcie wykrzykiwania kolejnych chantów w stronę tych z nieco bardziej znanych zawodników, którzy zaszczycili nas dzisiaj swoją obecnością. Niektórzy z nich nawet walczyli, pozbawiając złudzeń kolejnych adeptów wrestlingowego rzemiosła, albo/i lokalnych gwiazdorów, inni po prostu pojawili się, żeby wejść na ring, pogadać sobie trochę, zejść z ringu, wrócić na backstage i poczekać na potwierdzenie kolejnej wpłaty na konto. Wieczór jak każdy inny we wspaniałej organizacji, jaką bez wątpienia jest EWF. Wrestlerzy zarabiają, a fani się cieszą: jest tak, jak powinno być.

Uderza „Anvil of Crom” Basila Poledourisa i w zgromadzonych w hali wstępuje prawdziwe szaleństwo! Okrzyki: „Franko! Franko!” mieszają się z nieśmiertelnym: „EWF! EWF! EWF!” W tłumie pojawiają się liczne transparenty, stanowiące nieodłączną część kolejnych „Wrestlepalooz” i od lat już obecne również na mniejszych galach; kiedy Rzeźnik i Helenka pojawiają się na rampie, mają przynajmniej co poczytać: „Gdzie jest nasza kiełbasa?!”, „Żądamy powrotu do tradycji!”, „Dark Avenger jest prawdziwy!”, „Dark Avenger jest fałszywy!”, „Dark Avenger nie istnieje!”, „Dark Avenger się sprzedał!” „To nie guma, to plastik!”, „Polecą głowy! Oj, polecą!”, „Czy ktoś zna Kevina Korna?”, „John Christman doturla się do zwycięstwa”, „Nie rozumiem księcia Nabeshimy”, „To Japończyk, tu nie ma co rozumieć”, „Jego postawa napawa mnie smutkiem”, „<- Mnie również”, „Z tego Italiańca taki mafiozo, jak ze mnie zakonnica” (trzymane przez mężczyznę w stroju zakonnicy), „Don Camilo śmierdzi czosnkiem”, „Vaclava nie przebije”, „Dlaczego śmierdzi? Bo Vaclav”, „Vaclav to cymbał grzmiący”, „Vaclav to apostoł gastrycznego zniszczenia”, „Moja owca jest w ciąży z Vaclavem”, „Dlaczego Jazzowski przeszedł przez ulicę? Bo mógł”, „Gdyby nie mógł, też by przeszedł”, „On najpierw przeszedł, a później pomyślał”, „Jazzowski nie liczy się z nikim i niczym”, „JAZZOWSKI CHUJ!”, „To w końcu chuj, czy pizda?”, „Jazzowski jest transseksualnym obojnakiem”, „<- Nie rozumiem, o co chodzi mojemu koledze”, „Żona Nasa ma fajne cycki”, „Z tym łukiem wygląda jak Artemida, tyle że japońska”, „<- Tego też nie rozumiem”, „<- On nic nie rozumie”, „Czy Szakal stracił zęby? Tak, ale ma twarde dziąsła”, „Szakal zardzewiał”, „Metale szlachetne nie rdzewieją!”, „Szakal ostatnią nadzieją na wolne EWF!”, „Zagraj dziś w golfa, senatorze!”, „Co się dzieje z kobietą z brodą?”, „Ani to rise, ani phoenix, został tylko popiół”, „Finisher Franza brzmi jak tytuł pornosa”, „<- To nie finiszer, tylko akcja kończąca”, „<- To też brzmi jak z pornosa wzięte”, „Wolę Coca – Colę”, „<- Bluźnierca!”, „Warto posiedzieć przy Żubrze”, „Żubr ostatnią ostoją polskiego patriotyzmu”, „Patriotyzm ostatnią ostoją Żubra”, „Bane jest podły i niegodziwy”, „Niech spierdala, jak mu się tak w Polsce nie podoba”, „Bane został sklonowany z fragmentu napletka Psycho”, „To żyje!”, „<- Ma na myśli Toola”, „Tool powrócił!”, „Tool to sprzedajna kurwa”, Tool jest niezniszczalny”, „Cała sala tańczy! Cała sala śpiewa! SeBa! SeBa! SeBa! SeBa!”, „Całe piwo dla SeBy!”, „MaxiMaster Co?”, „Kocham Helenkę”, „Każdy kurczak chciałby zostać zjedzony przez Bidama”, „Bidam jest niesamowity”, „Franko jest zajebisty”, „Bidam jest lepszy niż Franko”, „Franko jest lepszy niż Bidam”, „Franko i Bidam są najlepsi”, „Franko i Bidam to prawdziwi kumple”, „Cioty? Nie! Ale weseli”, „Nadchodzi czas zemsty”, „Zemsta, krwawa zemsta!”, „Nadchodzi era Rzeźnika”, „Rzeźnicy Zza Fal już tutaj są!”, „Franko Girls meldują się na posterunku!”, „Foczki Bidama przekazują wyrazy oddania”, „Crazy nie jest dobry!”, „Kończy się era Szaleńca”, „Król jest nagi!”, „Koniec jest bliski”, „EWF zeszło na psy”, „EWF jest wspaniałe”, „Ratujmy EWF!”, „Tak trzymać, EWF!”…

I tak dalej, i tym podobne.

Rzeźnik i jego towarzyszka nie spieszą się: Helenka przekomarza się ze swoimi fanami i rozdaje autografy, z kolei Zamaskowany po prostu wypełnia swoją obecnością halę. Wygląda na to, że doszedł już do siebie i o jego przymusowym pobycie w Afryce przypominają już praktycznie tylko blizny, które stamtąd przywiózł. W końcu oboje docierają w obręb ringu i stają pomiędzy linami. Helenka wręcza Butcherowi butelkę z wodą, z kolei ktoś z obsługi zadbał o mikrofon. Franko dawno już nie przemawiał, więc te przygotowania budzą zrozumiałe zainteresowanie wśród zgromadzonych w hali ludzi. Opoka EWF ucisza publiczność jednym gestem i zaczyna mówić – jego głos jest jak zwykle chrapliwy i wyzuty z emocji, ale jednocześnie zrozumiały:

- Dawno już nie przemawiałem. To znaczy, tak na całego. Tak, żeby przekazać coś ważnego w otoczeniu fanów. Nikogo nie przepraszam, bo dobrze wiecie, jak jest. Najpierw odbudowa. Później… inne sprawy.

(„Zemsta! Zemsta! Zemsta! Zemsta!”)

- Tak, zemsta. Krwawa zemsta. Ale nie wycierajmy sobie tak gąb tym słowem, bo zaczyna przypominać jakąś szopkę, a nie takie są moje intencje. Więc zostawmy to na razie. Kiedy przyjdzie właściwa pora, zrobię co musi być zrobione. Rzetelnie rozliczę się z każdym, który tego rozliczenia wymaga. Dokończę to, co zacząłem, robiąc sobie z czaszki Jazzowskiego pinatę. Zrobię to, i o wiele więcej. Uczynię to jednak bez pośpiechu.

(„Chcemy zemsty! Chcemy zemsty!”)

- Nie, to JA chcę zemsty. Wy chcecie zobaczyć, co zrobię z tymi wszystkimi skurwielami. Cierpliwości. Nie zawiedziecie się.

(„Franko! Franko! Franko!”)

- Nie zapominajcie o Bidamie. Nigdy o nim nie zapominajcie. Ludzie mają jakiś dziwny zwyczaj niedoceniania go, co jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Pinując mnie w naszej ostatniej walce, mój tag partner udowodnił, że tego dnia był po prostu najlepszy. Nie Crazy. Nie Vaclav. Nie Szakal. Nie Bane. Nawet nie Franko. To Bidam był królem ringu. Znacie mnie. Wiecie, że znam wagę wypowiadanych przez siebie słów. Widzicie, że zdaję sobie sprawę z moich ringowych ograniczeń, tak samo jak dostrzegam ograniczenia swoich oponentów. Wiem, kiedy ktoś daje z siebie wszystko i do końca wierzy w zwycięstwo i wiem, kiedy wynik jest przesądzony już od pierwszego uderzenia w gong. Kiedy parę lat temu zobaczyłem pomiędzy linami Znajdę, jego trzęsące się kolana i nieudolnie maskowaną niepewność, wiedziałem że opuszczę ring jako Evolution Champion. Kiedy stanąłem twarzą w twarz z Jazzowskim podczas Escape The Pit Matchu, od razu poczułem smród padliny – cuchnął przegraną na kilometr – i byłem spokojny o wynik, jego klęska była kwestią czasu. W ostatniej walce było zupełnie inaczej, wiecie? Nie miałem pewności, ale… rozkręciłem się. Byłem w gazie. Czułem już smak zwycięstwa, to już prawie graniczyło z pewnością. Wszystko szło, jak należy, kiedy… przegrałem. Bidam po prostu mnie pokonał. Jakimś cudem Szakal mu w tym nie przeszkodził, no i efekt był taki jaki wszyscy widzieli. Najpierw się trochę zdziwiłem, a później zachwyciłem. Załatwił mnie. Zwyczajnie mnie załatwił. I nie interesuje mnie tutaj żadne: „co by było, gdyby?” Nikt nie może mi zarzucić, że nie jestem w stanie docenić klasy przeciwnika, niezależnie od wyniku naszej walki. I czy jest cos dziwnego w tym, że mogę mówić tylko o radości w perspektywie czekającej nas współpracy? Franko i Bidam musieli trochę ze sobą powalczyć, ale wszystko wraca na swoje miejsce. Znowu wejdziemy pomiędzy liny, żeby wzajemnie pilnować sobie pleców.

Nasz bohater pociąga łyk wody.

- Potencjalnych przeciwników jest od groma, więc na początku będę musiał przeprowadzić ostrą selekcję. Po pierwsze i dosyć ważne: nie urodziłem się wczoraj i wiem, że te szumnie zapowiedziane składy drużyn, powroty po latach i tak dalej można zwyczajnie o kant dupy potłuc. Liczba potencjalnych przetasowań jest naprawdę spora, co już na starcie sprawia, że nie ma sensu analizować składów, ewentualnych animozji i tak dalej. To się po prostu nie sprawdzi: każdy może sprzymierzyć się z każdym i chyba tylko gości specjalnych w rodzaju Power Jobbers jestem jako tako pewny. Reszta może nam się przytrafić w praktycznie dowolnej konfiguracji, więc mimo wszystko lepiej zwrócić uwagę na pojedynczych zawodników. Niby to turniej drużynowy, ale mało się zapowiada prawdziwie zgranych ekip. To daje mnie i Bidamowi przewagę, z której z pewnością skorzystamy. Niektórzy z naszych potencjalnych przeciwników mogą być groźni, inni też – jeśli tylko zdołają doprowadzić nas do parkosyzmów niekontrolowanego śmiechu – podczas gdy kolejni są kompletną zagadką. Na przykład John Christman i Kevin Korn – powiedzcie mi, co ja mam zrobić z tymi biednymi pojebańcami? Znaczy, poza próbą nie pozabijania ich w ringu, jeśli tylko zdarzy im się trafić na nas z Bidamem? Jeden lubi turlać się pomiędzy liny – co jest zapewne jakąś żałosną próbą wykazania czegoś na kształt oryginalności - a o drugim nie wiadomo dokładnie nic. Co ja tak właściwie mam myśleć na temat tych złamasów? Ich ewentualny team powinien się nazywać: Tabula Rasa, albo coś w ten deseń. Są tak idealnie nikim, że aż głupio się nimi zajmować. Czy nas zaskoczą? Zadziwią? Nie sądzę. Najprawdopodobniej będą mięsem armatnim dla takich tuzów jak Power Jobbers, albo dla którejś z drużyn znajdujących się co prawda niżej w karcie, ale potrzebującej jakiegoś tam dowartościowania kosztem nikomu nieznanych debiutantów. Ich przyszłość maluje się w czarno – szkarłatnych barwach i… i to tak właściwie wszystko. Pokona ich każdy dysponujący jakimś minimum umiejętności. Franz wpierdoliłby im w handicapie, wykonując Dźwiękotłok (dźwiękotłokując?) na obu razem i każdym z osobna. Ja wiem, że pogarda dla rywali to w gruncie rzeczy coś złego i możecie mi wierzyć kiedy mówię, że nawet tego narybku nie zamierzam zlekceważyć, ale ile można marnować śliny na facetów, którzy po prostu nie mają cienia, grama, ułamka odrobiny szansy? To jest jebana strata czasu. Zajmijmy się kimś sensowniejszym, czyli… dowolnym członkiem rosteru. Niech będzie Franz – pójdzie szybko i przyjemnie, bo Spawacz zasila nader liczne grono wrestlerów, którzy są dla mnie i Bidama najwyżej jakimś kolorytem lokalnym, i niczym więcej. Franz jest odważny i ma tatuaż dinozaura, co samo w sobie jest fascynujące. W dodatku nawiedza go Tragicznie Zmarły Brat, co jest fascynujące jeszcze bardziej. Tak jak w przypadku poprzedników, trochę brakuje mi tutaj słów, nie staje elokwencji. Mogę skrzywdzić go na tyle różnych sposobów, że siedzielibyśmy tutaj do rana, gdybym zdecydował się je wymieniać. Każdy z nas – Bidam albo ja – moglibyśmy pokonać go z jedną ręką zawiązaną za plecami. W przypadku ewentualnej konfrontacji nie będzie pytania: kto wygra? Będzie raczej coś w rodzaju: jak szybko mistrzowie pozamiatają ring Franzem i jego partnerem? Dobra rada dla Spawacza: módl się, żebyś się na nas nie natknął. Sporadyczne wybuchy entuzjazmu i chęci walki nic tutaj nie pomogą, a jak naprawdę wkurwisz Bidama to odprawi mongolskie egzorcyzmy nad duchem twojego brata i stracisz ostatniego sojusznika, na którego jeszcze możesz liczyć w EWF. Ostanie się tylko kupka ektoplazmy i trochę smutnych wspomnień – z twojego brata też. Kto tam następny, Hela?

- Może ta para klaunów? – Menadżerka Butchera ma zniewalający uśmiech, który swego czasu niemało ją kosztował.

- Don Camilo i Pepsi Bosman? – Rzeźnik od razu zrozumiał, kogo Helenka miała na myśli. – Mogą być, to też powinno pójść szybko, tak samo jak ewentualna walka. Wy, chłopcy, żyjecie w jakimś świecie alternatywnym, w którym szopka, którą odstawiacie uchodzi jakoś płazem. Tutaj niestety tak nie będzie, i zapłacicie słony rachunek w postaci krwi, połamanych kości i, wybitych zębów i ludzkiego śmiechu, który dla takich jak wy jest chyba najboleśniejszą karą. „Mafiozo” i fan odrdzewiacza. EWF to jednak przystań dla oszołomów, bez dwóch zdań. Kilka słów do makaroniarza: zmień sposób ubierania się, bo w końcu jakiś prawdziwy Don zobaczy „Wrestlepaloozę” w telewizji i uzna, że na zbyt wiele sobie pozwalasz, bo tak szczerze i prawdziwie to wyglądasz jak zwykły pajac. W tej chwili zachowujesz się jak podrzędny alfons z filmu klasy B, a groźny jesteś jak… bo ja wiem? Chomik? Przeczytaj albo obejrzyj „Ojca Chrzestnego”, bo to, co odpierdalasz jest poniżej wszelkiej krytyki. Próba zamienienia EWF w burdel jest z góry skazana na niepowodzenie – za późno już na to, tutaj burdel od dawna panuje. Castro Junior o to zadbał i wyszło mu znakomicie. Spóźniłeś się, rozumiesz? W dodatku wydaje ci się chyba, że posiadasz jakieś umiejętności stricte wrestlingowe. Błąd. Nie posiadasz. Musiałbyś najpierw przebić ten kokon samozadowolenia, w którym się ukryłeś. Może jesteś jakimś tam prospektem. Może wygrałeś parę walk. Ale to wszystko naprawdę gówno znaczy w przypadku konfrontacji z kimś pokroju mnie albo Bidama. Przez moje usta nie przemawia nic, poza rzetelną oceną sytuacji, poza prezentacją faktów. Najpierw naucz się walczyć. Spróbuj odnaleźć ten ogień, jakąś pasję, zapał. Jakiś sens. Dopiero później próbuj wywrzeć wpływ na Extreme Wrestling Federation. I przekaż moje słowa swojemu kumplowi który, chociaż trudno w to uwierzyć, jest chyba jeszcze słabszy od ciebie i z którym dobraliście się jak w korcu maku – takie barwne ludki: zabawne, chociaż raczej niegroźne. Ludzie was polubią, to kwestia czasu. Pod tym względem jesteście skazani na sukces. Parodia stereotypów na temat mafii, Włochów i ich kraju, plus kolorowa nalepka reklamowa. Słabość i tandeta w jednym opakowaniu. Kolejna odsłona naszego ewuefowego kolorytu lokalnego, i nic więcej… przynajmniej na razie. I jeszcze coś, prosto z mojego włochatego serca: Coca Cola jest lepsza. Spróbujcie z tym żyć, chłopaki.

Helenka przyjmuje postawę strzelecką i pozoruje dwa wystrzały. Wygląda na rozbawioną. Franko kontynuuje, jak zawsze niewzruszony:

- Następny w kolejce będzie chyba BruceLeeKungFuKarateMistrz. Czy jakoś tak. Jemu też nie poświęcę zbyt wiele czasu, bo to kolejne z tych barwnych i zabawnych ringowych impotentów, których w początkach EWF zwalniano hurtem i na pęczki, aż w końcu pojawiły się braki kadrowe. Teraz trzyma się go w rosterze, bo jobberzy to nacja potrzebna i w naszej federacji jak najbardziej pożądana. Maxi był słaby jako debiutant o mętnej ideologii, był słaby jako tandetne cyber - monstrum (podzespoły miał chyba z plastiku) i nawet w obozie, powiem wam tak szczerze, był wyjątkowo wręcz dupowaty. Stanowił jakąś tam rozrywkę dla współwięźniów i dozorców, ale szybko się nim znudzili, bo nawet obrażany i poniżany nie za bardzo rozumiał, co się dzieje. To pozwoliło mu przetrwać niewolę, ale nie pozwoli na przetrwanie w ringu ze mną i z Bidamem nawet pięciu… co ja pierdolę: nawet jebanej minuty. No, chyba że będzie uciekał, wtedy może zejdzie nam trochę dłużej. Lepiej, żeby się nami nie spotkał, bo turniej o Tag Team Titles traktujemy śmiertelnie poważnie, co dla Maxiego mogłoby się skończyć… ehh. Użyjcie wyobraźni, dobra?

Fani generują ogólnie pojęty cheer. Niewykluczone, że część z nich użyła właśnie wyobraźni i procedura ta nie wypadła na korzyść Triple M. Franko pociąga kolejnego łyka i jedzie dalej:

- Panna Pola Z Zarostem Niedbałym – znana też jako Krwawy Odbyt, albo O Kurwa, Co Ten Bydlak Zrobił Z Moimi Genitaliami. Ja na Pannę Brodę patrzyłem nawet z sympatią, bo na początku wydawało się, że dysponuje jakimiś umiejętnościami. Niestety, umiejętności to nie wszystko i czasami trzeba wykazać wolę walki. Gdyby sam potencjał wystarczył, to ho, ho! Bane byłby co najmniej Fuck The World Championem, Mind Mower walczyłby o World Title, a Jazowski dogorywałby na krzyżu robiąc za idola dla ewuefowego odpowiednika Kościoła Diego Maradony. W tym wypadku zabrakło woli walki, zabrakło – nomen omen – jaj, żeby coś pomiędzy linami pokazać. Pora wziąć się w garść, albo spierdalać z EWF. Proste? Proste. No i oczywiście, żeby nie było najmniejszych wątpliwości: w konfrontacji z mistrzami Tag Teamów Panna Pola może tylko jedno: krwawić. Ostatnia gala udowodniła, że tą sztukę nasz spopielony feniks opanował do perfekcji. Scenariusz ewentualnej konfrontacji jest prosty: jeb, jeb, jeb, pierdut, co zrobiłeś z moją piękną brodatą twarzą ty włochaty barbarzyńco, jeb, jeb, jeb, trochę łez i bezsilnej wściekłości, wykończ ją Bidam i nie przejmuj się łzami kapiącymi po brodzie, no nie mów mi, że nie możesz uderzyć płaczącej (tak jakby) kobiety?! Dobra, sam ją załatwię, jakiś finiszer, koniec. To tyle, jest pozamiatane, dawajcie następny team.

Tym razem Helenka bawi się w rewolwerowca – jej palec wskazujący robi za lufę, a kciuk za kurek. Pif – paf: następnego przeciwnika mamy z głowy. Rzeźnik ledwie to dostrzega:

- Jeżeli jesteśmy już przy niewykorzystanym potencjale, to nie może zabraknąć tutaj księcia Nabeshimy. Kurwa. Ja naprawdę myślałem, że ten facet będzie stanowił dla nas jakieś wyzwanie. Cóż, nie stanowi. Szkoda. Jak to szło, Hela?

W odpowiedzi na słowa Butchera, Helenka rozpoczyna natchnioną deklamację:

Kryształowa łza.
Spojrzenie bezsilności.
Westchnienie żalu.

- Cały Nabeshima – podsumowuje sytuację nasz bohater. Skoro nie chce mu się porządnie walczyć, to dlaczego mnie ma się chcieć więcej o nim mówić? Nie chce mi się, to kurna nie będę. Ten koleś to jedno wielkie rozczarowanie i pod tym względem mógłby się z nim równać chyba tylko Jazzowski. Następny proszę.

- Cała sala tańczy… rozpoczyna Helenka, a spragniony tłum podłapuje:

(„Cała sala tańczy!
Cała sala śpiewa!
SeBa! SeBa! SeBa! SeBa!”)

- Ma chłopisko charyzmę, co nie? – Na widocznym spod maski fragmencie twarzy Rzeźnika pojawia się cień fragmentu odrobiny uśmiechu. - Nasz Feldmarszałek dzierży rząd dusz i pewnie nawet nie zdaje sobie z tego faktu sprawy. Tak po prawdzie, to nawet go lubię – zawsze tak miałem ze szczerymi ludźmi – i Bidam też chyba go lubi. Hela, lubisz go?

- Helenka pokazuje naszemu bohaterowi wyprostowany kciuk, co rzecz jasna oznacza aprobatę.

- Też go lubi, jeśli tylko nie startuje do niej z tymi swoimi końskimi zalotami. Wszyscy darzą sympatią SeBę – poważnie, wiem z dobrze poinformowanych źródeł, że nawet Bane zalicza się do jego fanklubu, tyle że po kryjomu. Wiecie, jak jest – przyznanie się do tego licowałoby z jego wizerunkiem twardziela, ale w głębi serca marzy o autografie Feldmarszałka. Bo tak już jest z SeBą – ma swój styl, ma charyzmę i miłość swoich fanów, ma już nawet jakieś tam sukcesy, ale nie ma prawdziwych umiejętności, które pozwalałby mu na rywalizuję z najlepszymi. Dlatego też w turnieju będzie robił za – często powtarzam dzisiaj to słowo – za koloryt. Pojawi się na ringu, powalczy trochę z tym albo z owym, ale raczej nie pojawi się w finale. Przykro mi, ale to nie ta liga. Nadmiernie rozwinięty mięsień piwny, za mało umiejętności stricte wrestlingowych, za duże wahania formy, za dużo chaosu w tym wszystkim. Sympatyczny, ale nie będzie mistrzem. Wiecie o tym, prawda?

Po reakcji fanów wywnioskować można, że owszem: wiedzą. Po prostu w niektórych przypadkach nadzieja jest wiecznie żywa.

- Skoro już jestem przy ludziach, których darzę sympatią, to nie może tutaj zabraknąć Żubra. Myślę, że dopóki nie będziemy zbytnio zagłębiać się w dyskusje na tematy polityczne, to pozostaniemy w jako tako dobrych stosunkach. Bo niby dlaczego nie? Ma chłopisko warunki fizyczne, ma swoje ideały i stara się żyć według pewnych zasad. To trudna i wyboista, ale zarazem godna szacunku droga. Żubr jest w porządku. Kiedyś dałem mu parę dobrych rad odnośnie treningów i tak dalej, i wiecie co? Przyjemnie było obserwować, jak dzięki nim staje się lepszym zawodnikiem. Ja tam nawet Żubrowi trochę kibicuję – o ile w danej chwili nie walczy ze mną albo z Bidamem. Co mi szkodzi? W trakcie pobytu w obozie też pokazał się z dobrej strony: jak mógł, to podrzucał mi żarcie i aktualne wiadomości, próbował nawet podtrzymywać mnie na duchu, co akurat nie było jakoś szczególnie potrzebne. Okazał wobec mnie – to takie zapomniane w EWF słowo – koleżeństwo, a ja o takich rzeczach nie zapominam. Jego przodkowie byliby z niego dumni, bo tak po prawdzie to zrobił dokładnie tyle, ile porządny człowiek mógł w takich warunkach uczynić. Szacunek dla Żubra, moi drodzy. Szacunek dla Żubra.

(„Patriota! Patriota!”)

- Otóż to. Chętnie zawalczę z moim młodszym kolegą i chętnie przetestuję poziom jego aktualnych umiejętności. Pamiętam Gehennę Match i frajdę, jaką ta walka mi sprawiła, pomimo tych pieprzonych piranii. Z niecierpliwością czekam na TLC, które zapowiada się naprawdę zacnie. Kto wie? Może spotkamy się w finale? Nie mam nic przeciwko temu. Ani odrobinę. Powalczymy, a on najprawdopodobniej przegra. Ale w przeciwieństwie do większości z omawianych wcześniej zawodników, w tym przypadku ta walka ma szansę potrwać dłużej niż pięć minut. Powodzenia, Sarmato. Do zobaczenia w finale.

Widzowie głośno wiwatują – co ciekawe, nawet fani SeBy generują pozytywną energię. Franko spokojnie przepłukuje gardło i czeka, aż wrzawa ucichnie. Później spogląda porozumiewawczo na Helenkę, która przejeżdża dłońmi po włosach, zaczesując je do tyłu, garbi się opuszczając jednocześnie ramiona, wysuwa nieco dolną szczękę, i spogląda wokół pogardliwym, a nawet nienawistnym wzrokiem. Odzywają się pierwsze śmiechy, bo jej podobieństwo do Bane’a stało się wręcz uderzające. Rzeźnik wręcza swojej przyjaciółce mikrofon, dzięki czemu możemy doświadczyć próbki jej elokwencji. Helenka przemawia, a jej akcent jest wręcz straszliwy; brzmi jak stereotypowy polonus, który w „juesej” spędził o jeden rok za długo:

- No, Polaczki, wy, bydło niemyte. Patrzcie na mnie, nieroby wy, i płaczcie. Parzcie, jaki ja piękny. Jaki wyrzeźbiony. Jaki uzębiony. Jaki pożądany… nie no, nie mogę tak dłużej.

Helenka prostuje się, uśmiecha i – cud nad cudy – momentalnie otrząsa się z roli, którą przed chwilą odgrywała.

- Prędzej przespałabym się z wielbłądem niż z tym bucem. On zresztą otacza się panienkami, które za odpowiednią sumę są na to gotowe. Mam na myśli wielbłąda, bo Bane musi dopłacać. Zresztą, znajome modelki nie zostawiają na nim suchej nitki. Najłagodniejsze porównanie to „wielka szafa z maleńkim kluczykiem”, a najpowszechniejsza opinia stwierdza, że Bane „masturbuje się swoimi partnerkami”. Subtelności w nim tyle, co w nosorożcu w rui, a pod względem szybkości można porównać go z królikiem. Niestety, pod względem częstotliwości jest już dużo gorzej. Jedna z dziewczyn to mu nawet dmuchaną lalę podsunęła, a on był tak nawalony, że nie zauważył różnicy, a później zapłacił jak za żywą. Ona śmieje się teraz z niego, że wystarczyło podsunąć mu deskę z wywierconą dziurą – niezbyt wielką, żeby nie było wątpliwości – i on też by ją… wyheblował. Taki to już z niego macho, który w skrytości serca wzdycha do Jazzowskiego. Porażka…

Helenka wykrzywia swoje śliczne usta w wyrazie niesmaku i spogląda w kamerę z bezmiarem pogardy, do jakiego tylko kobieta w stosunku do mężczyzny jest zdolna. W tym czasie Franko przejmuje mikrofon:

- Nazwałem kiedyś Bane’a nieoszlifowanym diamentem i miałem szczerą nadzieję, że powróci nieco lepiej… ukształtowany. No, jakiś tam postęp jest, bo znalazł chłopak coś w rodzaju pomysłu na siebie. Co z tego, że to już było, w dużo lepszym i ambitniejszym wykonaniu? Zawsze to jakiś krok do przodu. Ale marny ten szlif, toporny. Ten brylant nie został jeszcze ukończony, a od zmarnowania klejnotu dzieli nas tylko krok. A może to tylko plastikowa podróbka, jak Aero? Nim też w pewnym momencie wszyscy się podniecali, i gówno z tego wyszło. Jak będzie z Banem, zobaczymy. Zmienił się, ale nie na tyle, żeby wziąć na mnie rewanż za te wszystkie porażki, które mu zafundowałem. Za słaby jest jeszcze na to… nawet gdyby próbował mnie zaskoczyć, jak przy naszym pierwszym spotkaniu, to mam dla niego same złe wiadomości. Po pierwsze: nie dałem i nie dam się zaskoczyć po raz drugi, szczególnie takiemu plastikowemu frajerowi. Po drugie: nie zapominajmy o Bidamie, który będzie mi pilnował pleców o niebo lepiej, niż jakikolwiek z przygodnych partnerów „Zguby”. Po trzecie: nie chce mi się po trzecie. I tak zbyt wiele czasu poświęciliśmy z Helenką na tego chłoptysia, który wzorem Aero zwykł powielać swoje błędy i który zgrywa twardziela i turbo – kochanka, chociaż nie jest ani jednym, ani drugim. Na tą chwilę, jest dla mnie kolejnym rozczarowaniem. A skoro o rozczarowaniach mowa…

- Rzeźnik przerywa na chwilę, a na widocznej spod maski części twarzy wykwita mu grymas będący mieszaniną niesmaku i odrazy. Helenka również wygląda na zniesmaczoną. Widownia od razu podłapuje, o kim teraz będzie mowa, co owocuje naprędce wykonanym hitem zespołu Lady Pank:

(„Mniej niż zeroooooooo,
Mniej niż zeroooooooo!”)

Helenka, która dzisiejszego wieczoru naprawdę świetnie się bawi, śpiewa razem ze zgromadzonym tłumem. Później stopniowo ucisza rozochoconych fanów, dając Zamaskowanemu okazję do kontynuowania jego wywodów:

- Niespełniony pisarz, beznadziejny mąż i ojciec, rozmieniający się na drobne wrestler, przegrany właściciel federacji, tandetny celebryta, nieudany mesjasz, tchórz, zdrajca i ogólnie rzecz biorąc, zwykły popierdoleniec. Człowiek, który najpierw działa – najczęściej chaotycznie i kompletnie bez pomyślunku – a później dorabia do tych działań jakąś ideologię. A przemawiać to on potrafi – z uczuciem, pasją, prawie ze łzami w oczach; mówi, klaruje, tłumaczy, usprawiedliwia wszystkie swoje zdrady, porażki i zwykłe idiotyzmy. Ale ludzie przestali już łykać to gówno – nareszcie przestali je łykać – i widzą Jazzowskiego takim, jakim jest naprawdę: ścierwem. Zwykłą szmatą. Jak to jest, że inni zawodnicy EWF – ci z jakim takim doświadczeniem – zasłużyli już na bycie kimś? Ich przydomki odzwierciedlają ich dokonania, rzetelnie sobie na nie zasłużyli. Ikona EWF. Pan Senator. Mecenas Extremy. Opoka EWF. Nawet Feldmarszałek Wszystkich Polaków. To wszystko przydomki zacne, niosące ładunek emocji mniej lub bardziej pozytywnych, ale przydomki w pełni zasłużone. A Jazzowskiego wszyscy nazywają bardzo adekwatnie: pizdą. To o czymś świadczy, nie sądzicie? Bo tak też to wygląda: Nas jest najbardziej pizdowatą pizdą w historii Extreme Wrestling Federation, tak idealnie doskonałą w swojej pizdowatości, że nie ma dla niego już nadziei. Zawsze będzie dokonywał tylko i wyłącznie złych wyborów, i zawsze będzie się kierował własnym interesem pod płaszczykiem jakichś bliżej nieokreślonych wyższych racji. Zawsze będzie pokrywał swoje słabości warstwą mętnego słowotoku, i zawsze będzie jebanym frustratem, który o World Title może sobie co najwyżej pomarzyć. Pamiętacie, jak rozpowiadał wszem i wobec, że interesuje go tylko i wyłącznie najważniejszy pas? Jestem prawie ciekawy co powie na temat swojego uczestnictwa w turnieju tag teamów. Prawie. Dla mnie, Jazzowski zawsze będzie nikim. Jedyne, co w nim dobre, to cycki jego żony. Jedyne co potrafi, to snuć intrygi i nasyłać swoich przydupasów na tych, z którymi nie może sobie dać rady. Czy kogoś jeszcze dziwi, ze i Jazzowskiego nazywam porażką?

(„Porażka! Porażka! Porażka!”)

- Właśnie tak. – Podsumował swój wywód Rzeźnik. – Dno i metr mułu, jak to się teraz mawia. Mnie z Jazzowskim zwyczajnie nie chce się walczyć, bo każdy pobyt ze mną pomiędzy linami jest dla niego niezasłużonym zaszczytem i nobilitacją. Zatłukę go jak psa – gdzieś, kiedyś, przy okazji. To ścierwo tylko na to zasługuje. Jesteś mi winny te kilka miesięcy, Nas. Dopilnuję odebrania tej należności. I to ja ustalę przelicznik.

Rzeźnik dopija wodę i rzuca pustą butelkę jakiejś postaci w stroju obsługi technicznej:

- Po rozmowie o tej szmacie zawsze mam dziwny niesmak w ustach. Przejdźmy do poważniejszego tematu: Szakal, Vaclav i Crazy, nasz sztandarowy triumwirat, nasza trójca nie tak znowu święta. Z tymi trzema walczyłem ostatnio tak często, że aż trudno jest mi powiedzieć na ich temat coś nowego. Razem stanowią przekrój tego, co najlepsze i najgorsze w naszej federacji. Są żywą historią EWF – nawet Vaclav – i jest to historia warta zapamiętania. Vacuś złapał lekką zadyszkę, ale coś czuję, że jeszcze dojdzie do siebie – zresztą, ten shot na World Title to dla niego nie lada okazja. Szakal ostatnio wziął się za siebie, czym niebotycznie uszczęśliwił Bidama – on jest jego fanem, rozumiecie – ale ciągle widać odpadające od niego tu i ówdzie płaty rdzy. A Crazy to Crazy – nawet patrząc na przeciwnika, który właśnie odebrał mu mistrzostwo będzie otoczony przez tą specyficzną aurę samozadowolenia z siebie. I cóż z tego, spytacie? Odpowiem: nic z tego. Obracam się w tym towarzystwie od dłuższego czasu i nawet dobrze się w nim czuję: raz przegrywam, raz wygrywam, zabawa jest przednia, a walki konkretne. Tak będzie również w tym przypadku. Jedyną, narastającą z biegiem czasu różnicą jest to, że podczas gdy ja rosnę, to oni wydają mi się jacyś tacy… mniejsi. Po prostu zdaję sobie sprawę z faktu, że każdego z nich jestem w stanie pokonać, bez udziału szczęścia czy jakichś szczególnych zabiegów, w rodzaju oszustw . Od pewnego czasu to jest po prostu moja liga. I dobrze mi z tym, bardzo komfortowo. Tylko różne Jazzowskie plączą się pod nogami, ale ten problem jest akurat przejściowy. Rozwiąże się go wcześniej czy później, w jakimś ciemnym zaułku. A wracając do naszej „trójcy”: jesteście, kim jesteście. Trudno byłoby coś w tym temacie zmienić. Ja też jestem, kim jestem, więc od razu wiemy, na czym stoimy. O Bidamie też, mam nadzieję, pamiętacie? Mówiłem już coś dzisiaj na ten temat. Mój partner zastąpi mnie wszędzie tam, gdzie zawiodę i po mnie może spodziewać się tego samego. Wspólnie zamienimy turniejowe walki w orgię rzadkiej urody wpierdolu. Bo każdy, niezależnie od liczby zdobytych tytułów i legendarnego statusu, każdy będzie krwawił kiedy mu rozpierdolić łuk brwiowy. Każdy straci przytomność po kilku dobrze wymierzonych „kolankach” prosto w głowę. Każdy uzna, że pora odpocząć, po wykonanym we właściwym czasie Death Valley Driverze, tak samo jak przy właściwie zapiętym Triangle Choke będzie w stanie tylko wycharczeć: „dobranoc”, i odpłynąć daleko stąd. A nawet jeśli moje armaty zawiodą, to jest jeszcze przepastny arsenał Bidama. Wiecie co? Im dłużej na ten temat myślę, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, ze naszemu teamowi zwyczajnie nikt nie podskoczy. Za dobrze się uzupełniamy – szaleństwo Bidama i mój upór, jego zwinność i moja… stateczność, nasza przyjaźń i ich animozje, nasze zgranie i ich… tymczasowość. Rozumiecie mój punkt widzenia? Bidam już sam w sobie jest tak zajebistym, że aż ocierającym się o nierzeczywistość zawodnikiem, a co do mnie to… sami wiecie. Doskonale zdajecie sobie sprawę z faktu, że staruszek Butcher jest mokrym snem każdego, kto kiedykolwiek marzył o mistrzostwie tag teamów. Zawsze na posterunku, zawsze na właściwym miejscu i we właściwym czasie. Opoka. Rzeźnik nie zawodzi, ani nie odczuwa zwątpienia. Rzeźnik nie zdradzi swojego tag partnera, bo akurat coś mu odpierdoliło i uznał, że ten partner go przyćmiewa. Rzeźnik bez oporów wyciągnie jednego z rywali poza ring i zajmie go na czas wystarczająco długi, żeby jego partner załatwił sprawę uzyskując pin. Rzeźnik bez mrugnięcia okiem poświęci się dla dobra drużyny. Czy można to samo powiedzieć o kimkolwiek z naszych przeciwników? Nie wydaje mi się. I choćby nie wiem jak banalnie brzmiało to podsumowanie, i tak wypowiem te słowa: właśnie z powyższych powodów oni przegrają, a my wygramy, utrzymamy nasze pasy, a oni obejdą się smakiem. To wszystko, co mam na ten temat do powiedzenia.

Franko wykonuje ruch, jakby chciał odłożyć mikrofon, ale powstrzymuje go spojrzenie Helenki. Usta menadżerki układają się w jedno słowo. To słowo to: „Tool”.

- No tak. Tool. Popełniłeś zajebisty błąd, przerywając mi wszystkie te interesujące rzeczy, które robiłem Jazzowskiemu. Męczą mnie już ci wszyscy pojebańcy którzy myślą, że mogą mi nadepnąć na odcisk bez poniesienia konsekwencji. Ja ciebie nawet rozumiem, w końcu kiedyś byłeś mistrzem. Spoliczkowałeś nawet Janka Kowalskiego i taki był z ciebie twardziel, że ho, ho, i o la la. Ogromnie to po mnie spływa i straszliwie wręcz mam cię w dupie. Nie mam szacunku do kolesiów, którzy wpadają do EWF na chwilę, żeby powspominać sobie minioną chwałę. Zresztą, co to za chwała? Zawsze byłeś na szarym końcu w tym skurwiałym towarzystwie, w którym się obracałeś. Później dokooptowaliście sobie jeszcze Aero, żebyś w końcu mógł na kogoś spojrzeć z góry. Ale zawsze byłeś ostatni w kolejce i ci twoi tak zwani „kumple” nie pozwalali ci o tym zapomnieć. Jako mistrz przez chwilę coś sobą reprezentowałeś, tak samo jak w BGW przez chwilę wydawałeś się niezniszczalny. Ale wiesz co? Te chwile już przeminęły. Teraz jesteś tylko kolejnym smętnym emerytem, który wypełznął ze swojej umieralni, żeby na chwilę poodcinać kupony od dawno przebrzmiałej sławy. Ten świat pędzi naprzód bez wytchnienia, a ty już dawno zsunąłeś się z siodła. Wchodząc mi w drogę, podpisałeś na siebie wyrok. I nie myśl, że znowu znikniesz z EWF i to załatwi sprawę. Co to, to nie. Jeśli będzie trzeba, zajebię cię w domowych pieleszach. Możesz mnie trzymać za słowo. Zwykłem go dotrzymywać. Sprowadzę cię na ziemię…

(„Brzydko! Brutalnie! Boleśnie!”)

Hala wręcz eksplodowała tymi okrzykami. Franko rzuca mikrofon technicznemu, tauntuje w stronę swoich sympatyków i szykuje się do opuszczenia ringu. Uderza „Anvil of Crom” i fani znowu zdzierają gardła – tym razem żeby pożegnać swojego ulubieńca.

Franko i Helenka opuszczają halę.
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Google
 
Copyright © 2001-2010 Attitude      Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group