Czy Renee Young powróci do Total Divas? Najle... (zobacz)
PIONIERZY WRESTLINGU #1 - STANISLAUS ZBYSZKO... (zobacz)
Gwiazdor RoH nie przejdzie do WWE, Duża walka... (zobacz)

AttitudePL na Facebook AttitudePL na YouTube AttitudePL na Twitter Nasz kanał RSS

Poprzedni temat «» Następny temat
Czarna Maska i Deja Vu
Autor Wiadomość
Grishan 
Lower Midcarder



E-fed: Franko The Butcher
Dołączył: 17 Sie 2010
Posty: 383
Podziękował: 0
Podziękowano mu 0 razy w 0 Postach
Wysłany: 2015-11-21, 10:22   Czarna Maska i Deja Vu

Prolog.


Franko stał nad swoim grobem.

Jesienne słońce prażyło całkiem mocno, nie dając wytchnienia i tak już pożółkłej trawie. Tu i ówdzie prześwitywała świeża zieleń – efekt ostatnich deszczy – ale spękana, sucha ziemia wskazywała jednak, że w ostatecznym rozrachunku te opady nie zmieniły zbyt wiele. Wiejący od czasu do czasu wiatr zapewniał ulgę od palących promieni i sprawiał, że wysuszona trawa szeleściła przy każdym gwałtowniejszym podmuchu. Szumiała też wierzba, pod którą stał solidnie wbity i trochę nierówno sklecony krzyż. Jeżeli spojrzało się na nią pod właściwym kątem, to stawała się wręcz nierzeczywista na tle niezwykle jasnego, pastelowego nieba. Rzeźnik przyjrzał się jej uważnie, tak samo jak całemu krajobrazowi. Jego uwadze nie umknęły rysy na popękanej korze ani wyryty nożem napis, który głosił wszem i wobec, że jakiś debil o bardzo małym rozumku darzy afektem Paulinę.

Romantyzm bywa jednak rozmaicie pojmowany.

Krzyż był trochę krzywy, ale miał swój urok. Do jego wykonania wykorzystano dwie brzozowe gałęzie, a Franko zawsze lubił brzozy. Zamaskowany stanął pod wierzbą, z wdzięcznością przyjmując oferowany przez sędziwe drzewo cień. Powiał wiatr i okolica wypełniła się szelestem. Z pobliskiej kępy trawy wyjrzały bystre oczy lisa, który zdążył się już przyzwyczaić do tego, że samotne postacie odwiedzające ten zakątek oznaczają czasami resztki smakowitego kurczaka. Wzrok Zamaskowanego odnalazł poruszenie i zidentyfikował jego źródło, ale nie poświęcił zwierzęciu zbyt wiele uwagi. Franko rozejrzał się po okolicy, rozejrzał bardzo uważnie.

- Zajebista miejscówka. – Powiedział w końcu do siebie.




Ostry poker w dużym mieście.


Było ich czterech i w momencie ich pojawienia się Velvet poczuł wyraźny smród Kłopotów. Tak, takich z dużej litery. Pożałował wpitych drinków i słabego pęcherza, a także decyzji o skręceniu w ten zaułek w celu pozbycia się balastu. Wnętrzności zwinęły mu się w supeł, a żołądek podszedł do gardła, podczas gdy mięśnie brzucha stwardniały na kamień. Jednocześnie ogarnęła go świadomość groteskowości całej sytuacji: za jego plecami zmaterializowało się czterech zamaskowanych osiłków w bluzach z kapturami, na które to bluzy założone mieli koszulki czyniące z nich bez wątpienia fanów Nasa Jazzowskiego. Chusty na ich twarzach biły po oczach krwistoczerwonym logiem EWF… wszystkie powyższe fakty były widoczne pomimo marnego oświetlenia. Dwóch napastników było uzbrojonych w kije baseballowe, jeden – Boże jedyny! – trzymał coś, co musiało być niczym innym jak maczetą, a ostatni, trzymający się nieco z tyłu, filmował całą sytuację za pomocą telefonu komórkowego.

Wszystko to wyglądało na dobrze zaplanowaną akcję – Velvet doszedł do tego wniosku walcząc z ogarniającą go paniką. Prawdopodobnie był przez nich śledzony od dłuższego czasu. Fakt, szczególnej ostrożności nie zachowywał, ale jak mógł się spodziewać czegoś takiego? Błyskawicznie rozejrzał się w poszukiwaniu jakiejś drogi ucieczki. Dróg ucieczki nie było. Zamaskowane postacie zbliżały się, a Velvet nie mógł powstrzymać rozgorączkowanej wyobraźni, która z jakąś ponurą satysfakcją podsuwała mu obrazy wybitych zębów i połamanych kości. Palce… będzie musiał je jakoś osłonić. Może nie był pianistą, ale utalentowany krawiec i projektant też, do cholery, potrzebuje palców. Najlepiej będzie chyba zwinąć się w kłębek już po pierwszym ciosie, a później niech będzie co ma być: grunt, to zachować pozycję embrionalną, osłonić twarz i to, co najważniejsze.

- Co jest, Velvet? Film kręcicie?

Zamaskowana, zwalista postać pojawiła się znikąd, zupełnie jak w starym filmie spod znaku płaszcza i szpady. Velvet pozwolił sobie na ciche westchnienie ulgi, podczas gdy jego niedoszli oprawcy otrząsali się z zaskoczenia. Chwilę później rzucili się na Zamaskowanego. Ten z jakąś niezwykłą łagodnością i zarazem nieustępliwością w ruchach przechwycił zamach kijem, chwytając jednego z napastników za nadgarstek. Coś wyraźnie strzeliło, a z ust pierwszego z „pałkarzy” wydobył się stłumiony przez chustę skowyt. Franko płynnym ruchem przejął kij i wyprowadził morderczy zamach z dołu, trafiając drugiego z napastników w krocze. Operator pałki numer dwa zakwilił coś falsetem i opadł na kolana – tuż obok swojego skomlącego towarzysza. Ten z maczetą zaatakował z boku i od razu było widać, że nie wstrzymują go żadne opory moralne ani inne tego typu pierdoły: uderzał, żeby okaleczyć albo gorzej. Franko zrozumiał to w mgnieniu oka i też się nie pierdolił: po chwili trzeci z napastników leżał na chodniku, a bucior naszego bohatera z chrzęstem rozgniatał zaciśnięte na rękojeści maczety palce.

Kolejny skowyt dołączył do gęstniejącego chóru.

- Komórka. – Powiedział Rzeźnik do ostatniego z fanów Jazzowskiego.

Nie trzeba było powtarzać: ostatni z napastników przekazał żądany przedmiot. Jego dłonie były wyraźnie roztrzęsione. Butcher stuknął go kijem w głowę – tak z wyczuciem: nie za lekko ani nie za mocno – po czym pomógł się pozbierać nagle osłabłemu Velvetowi.

- Nie pisałem się na takie atrakcje – powiedział azjata żałośliwym i ogólnie nieszczęśliwym głosem – w ogóle się na nie pisałem.

- A ja nie pisałem się na kilkumiesięczne wakacje w Afryce – Zamaskowany jak zwykle emanował empatią – chciałbyś się zamienić?

Po krótkim namyśle Velvet uznał, że niekoniecznie, i postanowił zmienić temat:

- Dzwoniłem po Henia przecież… ?

- Coś mu wypadło, a ja muszę się przewietrzyć. Podwiozę cię, gdzie trzeba. Możesz wpaść do mnie, Hela już jest, to i ciebie przenocujemy.

- Eee… to Ty już prawko zrobiłeś?

- Dla bogatego nic trudnego. Idziesz, czy nie?

- Idę.

- No to chodź.

I poszli.




Nocne Polaków rozmowy.


- Poważnie obywatelstwo sobie wyrabiasz?

Skupienie na prowadzeniu pojazdu po rozjaśnionej blaskiem reflektorów drodze najwyraźniej nie przeszkadzało Frankowi w zagajeniu rozmowy.

- Jasne, przecież lubię ten kraj.

- W przeciwieństwie do sporego procenta jego mieszkańców. I takich buców jak Bane.

- To jest już wasza, rdzennych Polaków sprawa. Ja się nie wtrącam. A sympatii do Polski nikt mi nie zabroni.

- Pewnie znaleźliby się tacy, którzy by próbowali. To jak, zamieszkasz tutaj?

- Aż tak to pewnie nie, bo uważam się za obywatela świata raczej, ale pomieszkiwać mogę i prawie na pewno będę. Myślisz, że Bidam lubi Polskę?

- Pewnie tak. Mamy tu smaczne kurczaki.

- Co on ma z tym pieczonym ptactwem?

- Ciężkie dzieciństwo. Dorastanie naznaczona głodem. Mówił kiedyś o tym, tyle że jego mało kto tak naprawdę słucha.

- To pewnie ten obdarty strój i ekstrawagancki styl bycia. A może to dlatego, że porusza czasem tematy, o których ludzie woleliby nie rozmawiać. I przeżył rzeczy, o których woleliby nie wiedzieć.

- Tak.

Po tych słowach przez jakiś czas panował cisza. Przerwał ją Velvet, wiercąc się przy tym niespokojnie w fotelu dla pasażera:

- Nie lubię, kiedy musicie ze sobą walczyć. Czuję wtedy… dyskomfort. Cholerną niewygodę. Helenka też tak to odczuwa.

- Cóż zrobić… taki los. Karma. Ja z Bidamem walczyć lubię i nie lubię. Nie lubię, bo to mój partner. Lubię, bo to chyba najlepszy zawodnik w obecnym EWF i jeśli pokonam jego, to pokonam każdego. Walki z nim to rodzaj testu, który pokaże mi, w jakim jestem miejscu. On zawsze potrafi mnie zaskoczyć i ma zajebisty styl. Tak… w pewnym sensie to będzie przyjemność. I nieprzyjemność zarazem.

- Aha.

- Cóż poradzę, że właśnie tak to wygląda. Mętnie. Z Bidamem nigdy nic nie wiadomo, no i w EWF nic nie jest takie, na jakie wygląda. W miarę pewne wydaje się, że: wygram, nie wygram, albo przegram. Grunt to wiedzieć, na czym się stoi, co nie? I tak, idąc dalej: Jazzowski nie będzie się wpierdalał, albo będzie. W tym drugim wypadku zrobimy mu krzywdę. Jak widzisz, nie ma się nad czym rozwodzić, lepiej zerknij na tą zdobyczną komórkę. Zarejestrowali coś ciekawego?

Na dłuższą chwilę twarz Velveta oświetlił blask trzymanego przez niego urządzenia. Stylista skrzywił się lekko:

- To chyba to. Właściwie to na pewno. Jest mój przerażony wyraz twarzy i twoja akcja ratunkowa. Tak w ogóle, to dzięki za pomoc…

- Nie ma za co. Przyjemnie było zobaczyć u siebie jakieś postępy, jeszcze dwa lata temu nie poradziłbym sobie z nimi tak gładko. To się w ogóle dobrze składa, dawno nic na stronę EWF nie wrzucałem. Co prawda takie materiały to straszna bucówa i były niemodne już w czasach, kiedy zaczynałem karierę, ale trudno. Głupio byłoby nie skorzystać z okazji, która sama pcha się w ręce.

- Ano, głupio. To trochę jak FTW Title, nie sądzisz?

- Sądzę. Chciałbym zdobyć ten tytuł, ale nie za wszelką cenę. Na pewno nie za wszelką cenę. W uczciwej walce, co będzie trudne z Jazzowskim na pokładzie. Jakoś to będzie. Potraktujemy to jako taki hardkorowy sparring, albo coś podobnego. Z tego co zauważyłem, obaj jesteśmy w naprawdę dobrej formie, więc najprawdopodobniej będzie co obejrzeć. A tytuł? Cóż, nie napinam się. Fajnie byłoby go zdobyć, nie fajnie że na Bidamie. Zobaczy się co los, okoliczności i umiejętności nam przyniosą.

- Ten sędzia specjalny to jakaś złośliwość ze strony zarządu, nie sądzisz? Przecież to właśnie on przerwał wam ostatnim razem…

- Tak, takie spieprzenie obiecującego pojedynku idealnie wpasowuje się w jego styl.

- Styl? Jaki styl?

- Nie wiem, jego się o to zapytaj. Na pewno wytłumaczy ci to w sposób natchniony i przekonujący.

- Gadać to ta kanalia potrafi, tego nie można mu odmówić…

- Nie można. I co z tego, skoro z tych wszystkich przemów i świetlanych planów zawsze wychodzi kupa? Ja Jazzowskiego mógłbym nawet żałować - bo facet o tak spierdolonym życiorysie to rzeczywiście budzący współczucie widok – ale nigdy nie miałem serca do płaczliwych pizd, które najpierw pierdolą sobie życie, a później szukają winnych za ten stan rzeczy wszędzie, tylko nie u źródła, czyli we własnym lustrzanym odbiciu. Tacy ludzie to mistrzowie samooszukiwania się i dlatego nimi gardzę. Bo nie chodzi o to, że podejmujesz jakąś złą decyzję: swego czasu zdarzało mi się to cholernie często. Chodzi o to, żeby podjąć ją świadomie i pogodzić się, kurwa, z konsekwencjami. Przyjąć je na klatę, zamiast szukać tanich usprawiedliwień. Jazzowski tego nie potrafi i dlatego jest szmatą. Kłopoty psychiczne na początku kariery, występy w masce, którą później zresztą stracił? Oh, dajcie spokój, to już przeszłość, nawet już o tym nie wspominajcie, przecież to pójście na łatwiznę. Kto tak powiedział? Byłeś, kim byłeś, Nie zmienisz tego. Nie wymażesz przeszłości. Możesz tylko próbować zapomnieć, ale inni nie zapomną. To nie działa w ten sposób. Odeszła od ciebie żona? Dziecko wychowuje się bez ojca? Mam dla ciebie złą wiadomość, stary: to twoja wina, niczyja inna. Wiem coś o tym, bo akurat w tym punkcie nasza historia jest zbieżna, tyle tylko, że ja zaczynam odbudowywać to, z czego utratą ty jeszcze się nie pogodziłeś, chociaż udajesz, rzecz jasna, że jest inaczej. Wyję z tęsknoty do utraconej miłości, więc pukam wszystko, co się rusza, a później żenię z – sympatyczną co prawda – ale jednak seksualną zabawką. A później wypaczam ją na swój obraz i podobieństwo. Kto wie? Może Weronika zabije kogoś na następnej gali? Tak uroczo wygląda z tym łukiem, a że o wypadek nietrudno…? Grunt, że znalazła sobie zajęcie i nie plącze się pod nogami. Odpierdala mi i staję na czele hordy terrorystów, którzy robią kipisz, ranią od cholery personelu i porywają sporą grupkę zawodników – którzy, notabene w większości niczym mi się nie narazili? Robię to dla dobra EWF. Dla ich dobra też? Dla dobra Rzeźnika? Chociaż Butcher to akurat zły przykład, mnie chciałeś po prostu przypierdolić, wziąć rewanż za to, co zrobiłem ci w Escape The Pit Matchu. No i wziąłeś, z nawiązką tak wielką, że wkrótce się nią udławisz. Zrobiłeś to, co zrobiłeś, bo mogłeś. Dobrze słyszałem. Nie dla EWF, ani jego sympatyków, nie dla lepszej przyszłości. Zrobiłeś to dla siebie, jak zwykle. Zawsze tak było. To twój jebany egoizm i zapatrzenie w siebie sprawiły, że odwrócili się od ciebie bliscy. I z tego samego powodu związałeś się z kobietą, której oderwanie od świata i egoizm dorównują twojemu. Ale i z nią coraz trudniej ci wytrzymać, co nie? Albo inaczej – to ona nie może już wytrzymać Z TOBĄ. To, że będziesz dodatkowym sędzią naszej walki, zakrawa na chory żart. Ale to nic, to tylko kolejna z licznych przejściowych trudności, z którymi trzeba sobie radzić po związaniu swojego losu z losem EWF. Przynajmniej obejrzysz starcie zawodników, którzy – w przeciwieństwie do ciebie - ciągle mają serce do tego, co robią. Którzy nie oblekają niepowodzeń w żałosne skomlenie. Popatrz sobie. Może coś ci się przypomni, albo, kto wie? Może nawet się czegoś nauczysz?

- Niezłe – skomentował Velvet tyradę swojego kierowcy – całkiem niezłe. I nawet to nagrałem. Bo chyba wiesz, że nie mówisz teraz do Jazzowskiego, mam nadzieję?

Rzeźnik przez chwilę milczy, wpatrzony w drogę przed sobą.

- Zauważyłem, że mnie filmujesz, to sobie pofolgowałem. Ja naprawdę nie mam ostatnio zbyt wiele czasu, a to tutaj się obrobi i będzie jak znalazł. Zobowiązania wobec EWF należy wypełniać, a spóźnienia to oznaka braku szacunku dla federacji. Rządy Castro Juniora niewiele tutaj zmieniają. Może się starać – robi to - ale legendy Extreme Wrestling Federation nie zabije.

- Mogę się zająć obróbką materiału, Tyle tylko, że… walczysz z Bidamem, a ciśniesz po Jazzowskim?

- W końcu jest sędzią, no nie? Zresztą, najwyższa na to pora: lista rzeczy, których jeszcze nie spierdolił jest coraz krótsza i już wkrótce stopnieje o kolejną pozycję. Przyznam, że nie pamiętam, czy zdarzało mu się już wcześniej sędziować w jakikolwiek sposób, więc nie pamiętam, czy zdążył już spieprzyć i to, czy dopiero ma okazję? Nieważne, wszystko jeszcze przed nim. Pod tym względem ma jeszcze mnóstwo terenów do zdobycia. A jak spieprzy, to poniesie konsekwencje, bo go z Bidamem regularnie zajebiemy.

- Chyba już o tym mówiłeś.

- Rzeczywiście. Niechybny to znak, że pora skończyć z tym tematem.

- Skończysz go, kiedy na miejscu tych zamaskowanych przygłupów znajdzie się Jazzowski.

- W ciemnym zaułku? Połamany i skowyczący z bólu?

- Mniej więcej to miałem na myśli.

- Nie, to niezupełnie trafne porównanie. Ci chłopcy po prostu ponieśli konsekwencje swojej głupoty. Dałem im lekcję, nauczkę. Pouczenie.

- Z Jazzowskim będzie gorzej?

Franko zamilkł i skoncentrował się na jeździe. Ponura parodia uśmiechu, która wykwitła pod maską, była jedyną odpowiedzią na zadane przed chwilą pytanie.




Te dwie Panie chyba się darzą sympatią.


- Jak ja nie lubię, kiedy oni ze sobą walczą! Zwyczajnie cholera mnie bierze, kiedy tylko o tym pomyślę!

Helenka siedziała na fotelu w pozbawionym przesadnych luksusów, ale za to funkcjonalnym salonie Franka i bezmyślnie bawiła się pilotem od telewizora. Jednak skakanie po kolejnych kanałach nie koiło jej wzburzenia, co nie przeszkadzało jej w kontynuowaniu tej czynności. W sąsiednim fotelu usadowiła się Joanna, która mruknęła coś ze współczuciem i upiła łyk z trzymanej w dłoniach filiżanki.

- Przecież to kumple, do jasnej kanciastej! Jak się kogoś darzy przyjaźnią, to nie obija mu się gęby co drugą galę, no nie?! To chyba dosyć logiczne założenie?!

Była żona Rzeźnika spojrzała na przyjaciółkę nieco zamyślonym wzrokiem. Po chwili zdecydowała się na wyartykułowanie odpowiedzi:

- Ja też się o nich martwię.

Na te słowa Helenka parsknęła jak rozzłoszczone zwierzę, po czy rzekła:

- Ja się tam o tych dwóch żłobów nie martwię! Wcale, ale to wcale! Ani odrobinę! Po prostu uważam, że to głupie…

- A ja się martwię. Nie zamierzam tego ukrywać. Może to dlatego, ze dobrze mi się układa w życiu ostatnio. Doświadczenie nauczyło mnie, że teraz coś się spieprzy. Kwestia statystyki.

Po tych słowach, Joanna westchnęła. To było takie od serca, znające życie westchnienie.

- Głupoty opowiadasz i nic się nie spieprzy. Nie ma prawa.

Joanna milczała. Nie wyglądała na przekonaną. Helenka mówiła dalej, jakby trochę z przymusem:

- Nic się nie stanie, przecież to nie pierwszy raz. Sparring sobie zrobią, tylko że taki z widownią. Jeden wygra, drugi przegra i będzie spokój.

- Do następnego razu.

- A ty co tak w pesymizm mi tutaj popadasz? Nawet jeśli będzie następny raz, to przecież jeszcze nie koniec świata, no nie?

- Po prostu boję się, że w końcu zrobią sobie krzywdę. To chyba nie jest tak całkiem nieprawdopodobne?

- Kraczesz. Po prostu musimy się przyzwyczaić.

- Przypominam, że to ty rozpoczęłaś ten temat.

Helenka znowu prychnęła niecierpliwie, ale zamilkła na chwilę. Joanna pociągnęła rozmowę dalej:

- Ja wiem, że to jest zabawa dla dużych chłopców, ale i tak się martwię, i chyba już nie przestanę. Wiesz dobrze, jaki jest Franek – walczy dopóki nie straci przytomności, a żeby to się stało, trzeba mu nieźle przywalić. A Bidam – cóż, nie znam go osobiście, ale mój były określa go mianem najniebezpieczniejszego zawodnika w EWF. I wiesz co? Nie mam powodu, żeby mu nie wierzyć.

Helenka westchnęła. Jej kibić zafalowała przy tym w niezwykle frapujący sposób, ale na nieszczęście w pomieszczeniu nie przebywał żaden przedstawiciel płci męskiej, który byłby to w stanie docenić.

- Kiedyś jeden podpity facet powiedział mi, że Franko jest człowiekiem, który bez problemu mógłby stać się mordercą. To kwestia okoliczności, tak powiedział. Natomiast Bidam to według niego morderca, który robi wszystko, żeby jeszcze pozostać człowiekiem. Jakoś tak teraz wróciły do mnie te słowa…

- Hmm… jest taki rodzaj pijaków, którzy wydają się natchnieni. Nawet Jazzowski miał tak przez chwilę. Ale to jeszcze nie znaczy że to, co mówią, jest prawdą.

- Najpewniej masz rację. Przecież Bidam jest w porządku. Nawet jeżeli ma historię tak zawirowaną, jak sam opowiada, to i tak pozostaje naszym przyjacielem…

- Tak jak mówiłam: nie znam faceta, chociaż Franek montuje jakiś wieczorek zapoznawczy, więc nic straconego. Nie wiem, czy Bidam jest jego prawdziwym przyjacielem. Wiem jednak na pewno, że Franek jest przyjacielem Bidama. I mam nadzieję, że to działa w obie strony. Bo wrogów, to on ma nadmiar w tej nieszczęsnej federacji…

- O tak… tego mu nie brakuje.

- I to jest kolejna rzecz, która mnie w tym wszystkim martwi. Bo naprawdę jest tak, jak to słyszymy aż do znudzenia…

- Rzeźnik nie odpuszcza?

- Aha. Nigdy nie odpuszczał. Jest taka historia z jego dzieciństwa, chcesz posłuchać?

- Dobrze wiesz, że chcę.

- To nic szczególnego, ale dobrze obrazuje sytuację. To było bardzo dawno, nie pamiętam już nawet, do której chodził klasy. W każdym razie chodził do szkoły i był tam taki chłopak, spadkowicz ze starszych klas, taki szkolny osiłek…

Helenka słuchała, z doprawioną niecierpliwością uwagą.

- … no i ten osiłek uwziął się na młodszych. Pokazywał jaki to z niego gieroj, rozumiesz. Frankowi też nieźle doskwierał, ale przez jakiś czas nie było z tym problemu. Znaczy, Franek chyba uznawał, że to normalne, albo coś w tym rodzaju. Walczył, ale przegrywał, bo był mniejszy i słabszy. I uważał, że taka jest naturalna kolej rzeczy, rozumiesz?

- Skoro tamten był silniejszy, to miał prawo okazywać swoją wyższość? Z grubsza rozumiem, to całkiem w jego stylu. Co było dalej?

- No i w końcu ten osiłek przegiął. Przekroczył wytyczone granice. Nie pamiętam już dokładnie, o co poszło, ale chyba w jakiś sposób upokorzył Franka przed obliczem sporej ilości świadków. Po prostu zrobił coś takiego, że przyszły Rzeźnik uznał się za pokrzywdzonego, nadążasz?

- Nadążam. I chyba domyślam się, co było dalej…

- Tak. Znasz go dobrze i najpewniej słusznie się domyślasz. Franek był mniejszy i słabszy, i wiedział o tym, ale wiedział też dobrze, jak wyrównać szanse. Po prostu zaczaił się na swojego wroga poza terenem szkoły, chwycił za kamień albo kawałek cegły, i wysłał tamtego do szpitala. Nie bawił się w honorową walkę: po prostu zaszedł go od tyłu i rozwalił mu głowę. Rozumiesz?

- Oj, tak. Jasno i wyraźnie. Co było dalej?

- O ile wiem, wszystko jakoś tam rozeszło się po kościach, ale cel Franka został osiągnięty: od tamtej pory miał spokój. Chyba wyrobił sobie reputację świra, z którym najzwyczajniej w świecie nie opłaca się zadzierać…

- Nic dziwnego. Chyba dostrzegam podobieństwa do obecnej sytuacji…

- Bo to praktycznie to samo: początkowo Jazzowski był po prostu rywalem, upierdliwym i traktowanym z pogardą, ale jednak rywalem. Franek doceniał to, co Nas robi w ringu i przez chwilę chyba nawet go podziwiał. Po tym, jaką szopkę odstawił ten cały „mesjasz” z BGW, nie było mowy o przyjaźni, ale ciągle mogła to być normalna, męska rywalizacja. Tutaj nawet nie chodzi o to, że ten człowiek nie miał na tyle jaj, żeby stawić Frankowi czoła twarzą w twarz: przez jakiś czas ta „wojna podjazdowa” była nawet zabawna, w jakiś dziwaczny sposób. Franek strzelił mu w tyłek z dubeltówki, w zamian został wydepilowany, to była jakaś rywalizacja poza ringiem: dziwna, ale ciągle do zaakceptowania. Nie chodzi nawet o tego gwoździa wbitego w dłoń najpierw jednego, a później drugiego z nich. Chodzi o to, że tym cholernym zesłaniem do Afryki Jazzowski przegiął, przekroczył granicę. Dokładnie w tym momencie w głowie mojego byłego trzasnęła jakaś zapadka i teraz już nic go nie powstrzyma. Jazzowski, Castro, Berenika… zastanawiam się, czy sypiają spokojnie w nocy. Ja nie byłabym w stanie. A ty?

- Na ich miejscu? W życiu. Chociaż ostatnio w ogóle źle sypiam. To nadmiar kawy chyba. A, właśnie: mogę prosić o jeszcze jedną?

- Pozwolisz, że zacytuję Franka: a cóż to? Rączki ci upierdzieliło?

- Zołza.

- Chodź do kuchni, ja też się chętnie napiję.

- Pora rozprostować te starzejące się kości… a cóż to? O ile mnie wzrok nie myli to samochód twojego byłego?

- Rzeczywiście. Zaraz zwalą się tutaj z Velvetem. Przywitajmy ich, jak należy…

Obie Panie uśmiechnęły się do siebie, nie kryjąc wzajemnej sympatii.

Franko wrócił do domu.




Epilog.


- Nie powinniście tak często ze sobą walczyć, ale skoro już do tego dochodzi, to powinieneś chyba wygrać, no nie?

Helenka spojrzała na Franka z zajmowanej przez siebie kanapy. Rozmówca obdarzył ją beznamiętnym spojrzeniem i odpowiedział:

- Postaram się.

Menadżerka wymruczała coś nieartykułowanego, po czym uznała za stosowne wyrazić się nieco jaśniej:

- Ty się nie staraj, tylko wygrywaj. Za treningi się bierz, a nie znikaj na cały dzień! Tak w ogóle, to gdzie cię dzisiaj diabli ponieśli?

- Odwiedziłem swój zakopany breloczek. Przyjemnie tam.

- Powiedziałabym, że masz za dużo czasu, ale nasz terminarz temu przeczy. Po cholerę tam pojechałeś?

- Trochę z ciekawości, ale przede wszystkim żeby odpocząć. Od jutra znowu zacznie się zapieprz, który skończy się – na chwilę - pewnie dopiero po gali. O treningi się nie martw, wszystko jest jak w szwajcarskim zegarku. Zresztą, to walka z Bidamem. Nie może być inaczej.

- Masz go pokonać, słyszysz? Lubię go, nawet bardzo go lubię, ale on już sobie ten FTW Title ponosił. Teraz twoja kolej.

- Zobaczymy.

- Żadne tam, „zobaczymy” do cholery! Masz wygrać! O jakość walki zupełnie się nie martwię: będziecie walczyli tak, że tym afrykanerom to tam normalnie zwieracze puszczą z wrażenia, rozumiesz? Zrobicie tam taką rozpierduchę, że te burskie mordobicie, to będzie przy tym rozrywka dla pensjonarek! Tak podniesiecie poprzeczkę, że Crazy i Vacek w Main Evencie będą mogli tylko podejmować skazane z góry na niepowodzenie próby dorównania wam! Po każdej waszej akcji sejsmografy oszaleją, fani zedrą sobie gardła, ten i ów będzie szczytował nie mogąc w inny sposób dać ujścia targającym nim emocjom, będzie dął wicher i waliły gromy! Będą błyskawice! Będziecie się bić na ringu, nad nim i pod nim, a nawet obok niego! Iskry będą się sypały przy każdym waszym zwarciu, każda minuta tego epickiego starcia zapisze się złotymi zgłoskami we wrestlingowych annałach! Każdy wychodzący z hali fan tego sportu będzie miał świadomość, że teraz może spokojnie umrzeć, bo oto właśnie zobaczył walkę kompletną, pojedynek stulecia będący synonimem słowa „wrestling”! Każdy będzie mógł o tym wnukom opowiadać, rozumiesz?! Bidam kontra Franko na Wrestlepaloozie CXXIX – po was choćby potop! To starcie wstrząśnie wami, wstrząśnie fanami, a nawet światem! I to TY opuścisz Pretorię jako Fuck The World Champion! Dotarło to do ciebie?!

- Zobaczymy.

Na te, powtórzone absolutnie beznamiętnym tonem, słowa, Helena wydała z siebie pełne frustracji warknięcie. Szybko jednak przypomniała sobie, z kim rozmawia, i oklapnęła nieco. Po chwili dodała, dużo cichszym i spokojniejszym głosem:

- Ale nie pozabijajcie się tam, dobrze?

- Dobrze.

Przez chwilę panowało milczenie, aż w końcu Franko przypomniał sobie o czymś:

- To przed chwilą to był kawał dobrej przemowy. Powtórzysz ją jutro? Do materiałów promocyjnych będzie jak znalazł.

- Zobaczymy.

W Helence chyba odezwała się przekora. Nasz bohater pokiwał tylko głową i uznał temat za wyczerpany.

Rozmowa zdechła, więc włączyli telewizor.

Później poszli spać.


Następnego dnia ruszyli w Polskę, na kilka „pożegnalnych” House Shows. Będzie trochę przemów, autografów i tak dalej. A później…

(w tym momencie rozmyślający o tym Franko poczuł coś w rodzaju deja vu)

… Bidam: Najlepszy przyjaciel.

Bidam: Najgroźniejszy przeciwnik.

Po prostu Bidam.

Bidam.
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Google
 
Copyright © 2001-2010 Attitude      Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group